Autor Grzegorz | 18 - Luty - 2015 |

Artykuł ten ukazał się parę lat temu w „Kresowiaku Galicyjskim”, żeby historia tej wioski, czy jej szczątki, jeszcze bardziej była propagowana, wrzucamy ją do sieci. Ponieważ artykuł ten to dzieło GLC, to na stronie OR-BAD właśnie się ukazuje:)

 *

Śmiało można powiedzieć, że nawet mieszkańcy Horyńca nie znają Świdnicy. Tym bardziej nikt nic nie wie o niej spoza tego regionu, bowiem praktycznie w żadnym przewodniku nie ma nic o tej wiosce. Po rozmowach z Panem Bronisławem Szuprem, postanowiłem w oparciu o jego wspomnienia, napisać artykuł na temat „materialnych świadków historii”. Dodatkowo wydobyć na światło dzienne trochę szczegółów z życia codziennego tej wioski.

fot kapl

Materialne ślady historii

Tuż po wojnie, mieszkańcy Świdnicy postanowili wybudować kapliczkę, w intencji ocalenia od wojennej zawieruchy. Widnieje na niej napis: Królowo Korony Polski módl się za nami. Bardzo ciekawe są okoliczności powstania tej kapliczki. Ponieważ nie było budulca, postanowiono go pozyskać z ruin Horynieckich willi. Północna strona Horyńca, gdzie obecnie mamy dzielnicę uzdrowiskową, nazywana była Niwą. Tutaj stały dwie wille, jedna pod lasem, nazywana Białą, ze względu na ściany zbudowane z białej cegły. Druga, stała w okolicy sanatorium CRR KRUS. Była ona mniejsza od tej pod lasem i zbudowana z czerwonej cegły, stąd nazywana potocznie Czerwoną Willą. Ponieważ były to wille żydowskie, po wojnie nie miały właścicieli i miejscowi zaczęli je po nocach rozbierać. Z tego rumowiska pozyskano cegłę na kapliczkę w Świdnicy.

Wystawiona kapliczka stoi do dziś i odprawiano przy niej majówki po 1947 roku. Prezentuje ona typ kapliczki murowanej z wnęką. Wiąże się z nią ciekawa opowieść. Przed majówką, pod koniec lat pięćdziesiątych, ludzie maili kapliczkę, sadzili kwiatki, przystrajali. Jedna z miejscowych kobiet, postanowiła oddać swój welon i przybrała nim figurę Maryi, która stała we wnęce. Niedługo po tym, nastała burza i akurat strzelił piorun w kapliczkę. Miejscowi po burzy zobaczyli dość dziwny widok. Podwinięty blaszany daszek po piorunie, lekkie ślady osmalenia i brak welonu, który spalił się po uderzeniu. Figurka i kapliczka przetrwała bez szwanku. Uznano to za szczególny znak.

Wcześniej, kilkanaście metrów od drogi, stoi kamienny krzyż, przy nim odprawiano czerwcówkę. Nie w każdej wiosce odprawiana była czerwcówka, bardziej skupiano się na majówkach. Dla tej wioski, czerwcówki były znakiem rozpoznawczym. Prawdopodobnie w tym miejscu kiedyś pochowano 14 ludzi. Być może z okresu pierwszej wojny światowej, albo wcześniej. Sam krzyż nie jest zbyt duży. Usytuowany kilkanaście metrów od drogi, często jest niezauważany. Spowodowane jest to tym, że dawniej droga prowadziła właśnie za tymi zabudowaniami i krzyż oraz kapliczka stała przy drodze. Dziś, droga została wyprostowana, stąd krzyż powoli traci na znaczeniu i zanika w zaroślach.

Także naprzeciw tartaku stał kamienny krzyż. Niestety został rozbity i na jego miejscu postawiono krzyż metalowy. Napisy miał po Ukraińsku, był niski i masywny. W okolicy tego krzyża, po wojnie, miało miejsce dość drastyczne wydarzenie. Gdy Ukraińców już wywieźli, po lasach ukrywali się pojedynczy banderowcy. Gdy już nie było Ukraińców, cierpieli głód i niemal polowano na nich. Jeden z takich już poobdzieranych banderowców, szedł drogą, obok tego krzyża i tam go zastrzelili. Za jakiś czas, być może w akcie odwetu, niewiadomy sprawca zaczął strzelać do Świdniczan. Trafił dwóch, jeden umarł, drugiego miejscowy felczer uratował. W miejscu gdzie trafiono ludzi i krew wsiąkła w ziemię, miała potem rosnąć bujniejsza trawa.

Chyba najciekawszym miejscem, z którym związane są miejscowe opowieści, jest okolica między Świdnicą a Puchaczami, gdzie stoi kamienny krzyż. Parę lat temu „ziemia chciała go zjeść”, ale Pan Leon Ważny, z ekipą GERP, odrestaurowali ten dość niezwykły krzyż. Miejscowi mówią, że w okolicy tego krzyża zawsze straszyło. Ludzie widywali tam jakieś łuny, iskierki, a samo miejsce napawało lękiem. Z miejscem tym, wiąże się historia nieszczęśliwej miłości. Tuż przed drugą wojną, przy tym krzyżu spotkała się dziewczyna z chłopakiem, nie mogli się pobrać, bo miał on być za biedny i nie dopuszczano do tego małżeństwa. Dziewczyna była w ciąży, ale on o tym nie wiedział. Wtedy podczas tego spotkania chłopak postanowił zabić swoją ukochaną. Od tego czasu w tym miejscu miało straszyć i może straszy do dziś…

Niematerialne ślady

Te krzyże i kapliczka, to dziś jedyne obiekty, które są świadkami historii tej małej społeczności. Gdy spojrzymy na tę wioskę z boku, wydaje się ona anonimowa. Tymczasem dla jej mieszkańców, każdy kawałek wioski nosił jakąś nazwę. Takie miejsca nosiły nazwy albo od gospodarzy, którzy tam mieszkali, na przykład Romanówka, albo bardziej orientacyjnie: Koniec (okolica przystanku), Druga Strona (okolica przed tartakiem), Górka, Pod Lasem (mieszkał tam kowal, obecnie agroturystykę mają tam państwo Wiśniewscy), Mazury, Kruszyna. Ciekawym miejscem jest okolica, gdzie rośnie okazały dąb, który jest zabytkiem przyrody. To miejsce zamieszkiwał „bogacz”. Tak na wioskach nazywano ludzi, którzy mieli najwięcej pola. Miał on głęboką studnię murowaną z kamienia, co było dużą rzadkością, gdyż trudno taką zrobić. Dawno, każdy miał studnię, większość miała na kołowrót, ale było kilku gospodarzy, którzy mieli na żurawia. Domy ludzie mieli z drewna, kryte strzechą, a płoty z patyków plecionych. Ten krótki opis, daje nam obraz przedwojennej i powojennej Świdnicy.

To jak wyglądało wnętrze chaty, zależało od zamożności gospodarza. Na przykładzie jednego z domostw. W środku było boisko, czyli posadzka z gliny duży piec i pod spodem była krupka, czyli mała piwniczka, która mieściła cztery worki ziemniaków. Na piecu mogło spać kilka osób, obok był tak zwany przypiecek, stała tam ławka. W zależności od zamożności rodziny, był też bambetel, czyli uniwersalny mebel, który w nocy służył za łóżko, a w dzień można było na nim siedzieć. Mógł być prosty, albo zdobiony. Podłoga była zrobiona z gliny wymieszanej z sieczką, natomiast piec, który był murowany z kamienia, był tynkowany gliną wymieszaną z plewami. Komin był duży, że można było w nim wędzić. Chałupa zazwyczaj składała się z części mieszkalnej, sieni, gdzie trzymano zborze, czy przebywały nawet kury i z sieni od razu wchodziło się do stajni. Tego typu domy charakteryzowały się tym, że z mieszkania wychodziło się przez sień, a także krowy ze stajni przez nią wychodziły. Do dziś taki dom przetrwał na Świdnicy! Tylko zamiast strzechy, ma dachówkę.

Wnętrze chaty malowano wapnem. Do malowania służyła prosianka, czyli robiony z prosa pędzel wiązany sznurkiem, pleciony na przykład z lnu. Można sobie teraz wyobrazić zapach, jaki panował w takim domu. Mieszanka wapna, suchej gliny wymieszanej z plewami, słomy z dachu i palonego codziennie drewna. Rozchodziły się zapachy świeżego mleka, pieczonego chleba, wędzonej kiełbasy…

Jedną z ciekawych wiejskich akcji, była na przykład walka z tchórzem. Jak zadomowił się w jakiejś wiosce, to dusił kury, czy też wypijał jajka. Wtedy szukano gospodarstwa, gdzie kury nie były duszone. Bo tchórz tam gdzie się osiedli, to kur nie rusza. Gdy dowiedziano się, w którym to było miejscu, zaczęto go szukać. Zazwyczaj wchodził on gdzieś pod fundamenty. Rozkopywano podejrzane miejsca i jak został odkryty, to bito go pałami, aż został zatłuczony.

Wioski zazwyczaj były sytuowane przy strumieniach i źródłach. Woda była bardzo cenna, gdyż służyła miejscowym do wielu ważnych prac. Szczególnie do prania, garbowania skór, moczenia lnu czy konopi. W lecie robiono zastawki na strumieniach i kąpano się w nich. Robiono też stawy do hodowli ryb. Szczególnie dzieci i starsi ludzie zajmowali się pasieniem krów. Ich zadaniem było pilnowanie krowy, by nie poszła w szkodę i prowadzenie jej do odpowiednich miejsc na popas. Właśnie podczas pasienia krów dzieci słuchały opowieści starszych ludzi o wojnie, o niezwykłych wydarzeniach, czy też o takich zwykłych obyczajowych, które miały zabić czas.

Rzeczywistość, która nie wróci

My, dziś nie mamy prawie żadnej możliwości, poznać starszych ludzi i posłuchać ich opowieści o lokalnej przeszłości i wydarzeniach. Przez to nie poznajemy losów miejscowych mieszkańców i coraz bardziej się alienujemy. Zamykamy się w naszych ciepłych domkach, gdzie mamy wszystko, czego potrzeba nam do przeżycia. Jeżeli czegoś zabraknie, to nie idziemy już do sąsiada, tylko do sklepu. Warto uzmysłowić sobie przez to atmosferę w naszym domu. Kiedyś tworzyły ją takie zapachy jak rozgrzana glina z pieca i zapach świeżego chleba. Dziś chleb nie ma zapachu! Zamiast gliny z podłogi, z pieca i wapna ze ścian, pomieszanych z drewnem, mamy chemiczną farbę, meble ze sklejki śmierdzące klejem i zapach przegrzanych elektronicznych urządzeń. Ktoś, kto mówi, że kiedyś było lepiej, że ludzie byli inni, ma rację, bowiem żyli w innej atmosferze. Kreowała ją błotnista droga, na której doznać wypadku można było wtedy, gdy się samemu spadło z wozu pod koło. Kreował ją też smak wody ze studni i owoców z lasu, pachnących jabłek, oraz chleb ze smalcem. Komputer zastępowały spotkania towarzyskie i rozmowy z sąsiadami, zaczynające się od słów pozdrowienia „Szczęść Boże”. Religijność była chwilą odpoczynku od codzienności, chwilą zastanowienia się nad sobą. Nabożeństwa natomiast, czymś w rodzaju zaklęć i pozytywnego myślenia, odganiającego tak wszechobecną dziś depresję i negatywne myślenie. Pokładanie nadziei w sile wyższej i odnajdywanie w przyrodzie znaków, że jest i czuwa, choćby uderzając piorunem w kapliczkę, nadaje życiu sens. Natomiast atmosfera starego domu, dzikiej przyrody wokół, naturalny rytm czasu, nadaje całkowicie inny smak naszemu życiu. Ile tego mamy w swoim otoczeniu dzisiaj?