Archiwum kategorii: Coś nowego!

Jak Stiaha znaleziono!

Relacja z poszukiwań bunkra Stiaha, autorstwa Alfonsa Filara:

We wrześniu 1947 roku żołnierze KBW cały czas pilnowali lasu monastyrskiego, wokół niego często były na stałe zainstalowane gniazda ciężkich karabinów maszynowych. Dzięki informacjom od pojmanych upowców, dowiedziano się, że właśnie tam w swoim bunkrze dowódczym „Belweder” rezydował Stiah – czyli Jarosław Staruch, dowódca OUN na „Zakierzonie”. Miał być dobrze chroniony przez Ukraińską Służbę Bezpieczeństwa, w kwaterze dobrze zamaskowanej, w specjalnie uzgadnianych miejscach spotykał się on z łącznikami, którzy roznosili meldunki do podległych mu oddziałów. Meldunki szły też na teren ZSRR, do centrali, które przenosili przez granicę łącznicy. Łącznik, żeby być niezauważony, przechodził przez granicę w specjalnych miejscach. By nie zostawić po sobie śladów, przymocowywał do butów i do rąk odpowiednio zmontowane kopyta dzika, i tak na czworakach przechodził granicę. Centrala UPA była we Lwowie, łącznik posługiwał się podrobionymi dokumentami, które otrzymywał nieopodal granicy od współpracujących upowców. Takich kurierów Stiah miał czterech, dwóch z nich zginęło jesienią 1946 roku i potem dwóch KBW ujęło w Bruśnie Starym, to dzięki nim teraz trafiono na ślad głównego dowódcy nacjonalistów ukraińskich w Polsce. Na podstawie zeznań jednego z łączników sporządzono plany operacyjne w lasach monastyrskich. Przeszukiwano metr po metrze każdy kawałek lasu, ale długo na nic nie trafiono.

16 września 1947 roku rozpoczęto kolejny dzień poszukiwań. Utworzono długą na 500 metrów tyralierę i przeszukiwano las. Po jakimś czasie współpracujący z KBW łącznik, będący na miejscu dostrzegł wąski pasek nieświeżej trawy. Zaczął ją podnosić i okazało się, że zakrywa ona ścieżkę. Szybko obstawiono wokół to miejsce i zaczęto odrzucać trawę ukrywającą dróżkę. Po 30 metrach trafiono na jałowiec, wyrwano go bez problemów i pokazała się drewniana pokrywa. Po jej odsłonięciu ukazał się otwór w ziemi. Postawiono nad nim żołnierza z automatem i zaczęto odrywać inne krzewy w okolicy, udało się w ten sposób natrafić na dwa kolejne wejścia. Całą okolicę obstawiono wojskiem, 80 żołnierzy z bronią maszynową zajęło stanowiska, będąc gotowymi do strzału. Według łącznika, jeżeli to kwatera Stiaha, to nie było tam więcej niż 10 partyzantów do ochrony, ale na pewno okolica była

Staruch_Jaroslaw
„Stiah”

zaminowana. Postanowiono wykorzystać łącznika i spróbować namówić będących w bunkrze do wyjścia, chciano ująć ich żywcem. Łącznik podszedł do bunkra i powiedział, że ucieka przed wojskiem, które otoczyło okolicę i żeby uciec, muszą teraz wyjść. Niestety w odpowiedzi usłyszał, że już wiedzą, że ich zdradził i nie dadzą się żywcem ująć. To potwierdziło, że mają do czynienia z bunkrem „krajowego prowidnyka”. Natychmiast sporządzono meldunek i polecono wysłać go za pośrednictwem Rzeszowa do Warszawy, że wykryto bunkier „Stiaha” – krajowego prowidnyka OUN.

Postanowiono pertraktować z załogą Stiaha, wysłano do bunkra znów łącznika, ale gdy się do niego zbliżył, jeden z upowców wystawił lufę karabinu z otworu i zaczął strzelać na oślep. Po chwili strzały ustały. Wysłano wtedy dwóch żołnierzy, by przeczołgali się do otworu i rzucili kilka rakiet dymnych, po czym mieli zakryć pokrywę. Jeden z żołnierzy zaczął strzelać w kierunku otworu dla osłony i po chwili drugi podczołgał się szybko strzelając rakietami do środka, po czym zaciągnięto pokrywę. Potem żołnierze podczołgali się do dwóch kolejnych otworów i tam też strzelono rakietami dymnymi, zasłaniając pokrywy. Następnie szybko wycofali się za pagórek, gdzie przebywał major Puteczny. Ponieważ spodziewano się min, posłano po saperów. W międzyczasie w okolicy nastąpiła potężna detonacja, tak duża, że wyrzuciła w powietrze duże drzewo, które spadło z hukiem na ziemię. Wycofano się dalej i czekano na rozwój sytuacji. Po godzinie przybyli saperzy z wykrywaczami. Przeszukali teren i znaleźli w okolicy bunkra trzy pociski artyleryjskie płytko pod ziemią, połączone przewodami. Obcęgami przecięli je. Po chwili spod ziemi dało się usłyszeć pojedyncze strzały, to banderowcy kończyli ze sobą. Przeczekano około pół godziny, zaczęło się ściemniać, po czym znów do każdego otworu strzelono rakietę dymną. Nadal było cicho. Zapadł już zmierzch. Postanowiono obstawić teren, tymczasem dowódcy pojechali do sztabu w Werchracie. Tam sporządzono meldunki i przesłano do władz centralnych.

Koło szóstej rano dowódca wrócił na miejsce i zameldowano mu, że całą noc było cicho. Gdy odsłonięto pokrywy, z otworów zaczęły wydobywać się płomienie. Banderowcy oblali bunkier materiałem łatwopalnym i podpalili. Polecono wrzucić ładunki wybuchowe saperom, w celu zagłuszenia ognia, niestety nie udało się, ziemia wyleciała w powietrze odsłaniając kolejne dziury, z których wydobywał się ogień. Szybko zaczęto je zakopywać. Ustalono miejsce, gdzie powinien być bunkier między trzema wejściami i zaczęto tam kopać. W końcu dokopano się do sufitu bunkra, spalone belki zapadły się do środka i buchnął ogień. Przywieziono beczkę z wodą i zagaszono ogień. Była wtedy 11 przed południem. Wtedy też pojawił się jakiś pułkownik z porucznikiem z Warszawy, mając nadzieję, że ujmą żywcem Stiaha.

Po ugaszeniu ognia, gdy dostano się do środka, okazało się, że było w środku tylko trzech banderowców. Dwóch z nich miało postrzały w tył głowy, trzeci z nich, który był rozpoznany jako Stiah, siedział skulony na pryczy w rogu z pistoletem w ręce. Sekcja zwłok pokazała później że się otruł.

Z bunkra udało się wyciągnąć sporo dokumentów, które nie spłonęły, mapy sztabowe, kilkanaście sztuk broni, amunicję, a także dużo waluty: dolary, marki niemieckie, franki, ruble korony czeskie, polskie złote. Były też dwa aparaty fotograficzne, po zinwentaryzowaniu wszystko to zabrano do sztabu.

Tak operację znalezienia Stiaha opisywał Alfons Filar. Wiadomo, że ze względów na realia PRLu nie wszystkie informacje zostały ujawnione. Sam Filar pisze o ujęciu Stiaha: nasza grupa unieszkodliwiła największego watahę, OUN-owca, który niejedną zbrodnię miał na sumieniu.

Z nieoficjalnych źródeł można się dowiedzieć, że bunkier nie był tak ubogo urządzony jak opisywano. Miały tam być w okolicy inne bunkry, będące składem broni i amunicji. Stiah posiadał też duży skarbiec nie tylko z walutą ale i różnorodnymi kosztownościami na przykład w złocie. Żołnierze po wyjściu z bunkra byli bardzo dokładnie przeszukiwani, bo obawiano się, że sobie coś wezmą. Funkcjonuje też podanie, że Stiah zdołał w nocy uciec innym zapasowym wyjściem. Ciekawe są też opowieści, że w bunkrze jeden z upowców przeżył i został zabrany, nie wiemy co zdążył powiedzieć, bo miał umrzeć po kilku godzinach. Na pewno bardzo dokładne informacje na temat operacji związanej z bunkrem Stiaha były przechowywane w archiwach wojskowych i milicyjnych. Zapewne są gdzieś dostępne. Czekamy na opracowanie tematu przez historyków!

(góra monastyr z ruinami klasztoru, tam mogiła upamiętniająca „bohaterów” UPA)

Nie dziwi fakt, że Ukraińcy do dziś stawiają pomniki swoim „bohaterom”, dla nich to była śmierć godna i bohaterska, bo nie wydał swoich. Ten pomnik na bunkrze Stiaha jest sukcesywnie niszczony przez „nieznanych sprawców”, a ten na wzgórzu Monasterskim jeszcze bardziej zaciekle rozbijany, a przez Ukraińców odnawiany. Polegli w tych lasach to byli wysocy rangą osobnicy dla niektórych Ukraińców, walczący o odzyskanie ziem aż do Sanu.

Tutaj jeszcze dodam ciekawostkę. Otóż Polscy żołnierze przeszukując tereny Monasterskich lasów mieli bardzo ciężką przeprawę, Ukraińcy wykazywali się niesamowitą pomysłowością partyzancką. Nie dość że ich schrony znajdywały się pod ziemią w terenie górskim czy pagórkowatym, to ich wejścia były tak sprytnie zamaskowane, że często nie było możliwości ich znaleźć. Zazwyczaj pod krzakami, pod pniakami, znajdywało się wejście do jakiegoś tunelu i podziemnej komory. Nagle wyskakujący znikąd ludzie i strzelający w plecy, czy jeszcze przebieglejsze sztuczki typu przywiązani sznurem do drzew wysoko w konarach bojówkarze strzelali do żołnierzy jak do kaczek w plecy gdy ich minęli. Przywiązywali się dlatego by nie spaść gdyby ich trafiono. Jak widać, nic tak nie potrafi rozwinąć wśród wielu kreatywności jak zabijanie…

(GLC przed pomnikiem upamiętniającym śmierć Stiaha – ówcześnie zdewastowany)

Poniżej link do galerii fotek z miejsca. Możemy tam popodziwiać owy pomnik, miejsce zdarzeń które opisałem, wejście do bunkra. Z tym że z czasem zmienia się to miejsce drastycznie. Jeszcze dwa lata temu gdy byłem tam na miejscu, tablica pamiątkowa była w całości, dziś już tak nie jest, wtedy jeszcze widziałem u wejścia do owego bunkra charakterystyczne obicia blaszane, dziś chyba ktoś je wydarł… sami zobaczcie:

GALERIA „BUNKIER STIAHA”

Jak trafić do bunkra Stiaha? Nie jest to w zasadzie łatwe, dobra mapa bardzo pomoże, jeżeli żołnierze nie mogli go znaleźć, wam się też to łatwo nie uda 😉 Wskazówkami pomocnymi są: jest to w zasadzie wysoko, tam już jest coś w rodzaju równiny, sam bunkier jest teraz niemal tuż przy drodze, ale krzaki mogą go zasłonić, trzeba wysilić wzrok.

Opracowanie GLC

Kopce Graniczne nieopodal Niwek Horynieckich

Wybierzemy się w podróż po historii, która pozwoli nam odkryć nowe ciekawe aspekty Roztocza Horynieckiego.  Kopce Graniczne o których mowa w tytule, są takim rarytasem, które z jednej strony są tylko kopami piasku, tworzonymi na liniach granicy, ale mają też znamiona tajemniczości.

Teren nas interesujący zaczyna być zasiedlany dopiero w 1444 roku, do tej pory mamy jedną wielką czarną dziurę zarośniętą puszczą, pokrytą bagnami. Jest tutaj jednak pewien ślad po człowieku, to granica ziemska i powiatowa, która być może pochodzi sprzed okresu pierwszych wzmianek w źródłach pisanych tych okolic. Próbując gdzieś tę granicę umiejscowić, ówcześni musieli ją jakoś wyznaczyć, używając do niej odpowiedniego ukształtowania terenu i modnych wtedy oznaczeń granicznych. Ponieważ możemy znaleźć ślady w terenie granicy powiatu rawskiego i lubaczowskiego, pozwala nam to domniemać, że istniała ona od dawna.

Naturalne ukształtowanie terenu zawsze pozwala wyznaczyć najdokładniej granice. Takim idealnym wyznacznikiem granicy będzie najwyższe wzniesienie w okolicy Niwek Horynieckich, na którym co ciekawe mamy Świątynię Słońca. Właśnie tutaj przetrwały chyba najbardziej charakterystyczne oznaczenia graniczne, jakie istniały w dawnej Rzeczpospolitej, są nimi Kopce Graniczne.

Posiłkując się tekstem z TEGO źródła przytoczę wymowę owych kopców:

Kopce graniczne sypane zwyczajowo w czasach średniowiecza od końca XIV wieku aż do XVIII – dla rozgraniczenia dóbr ziemskich zachowały się jeszcze w wielu miejscach i noszą dawne nazwy.
Kopce węgłowe (albo narożne) sypano w miejscu zejścia się trzech granic, kopce ścienne – po jednej stronie linii granicznej, a kopce stróżowe (zwane stróżami) – w środku miedz granicznych. Do ich wierzchołka wkładano pojemniki z ziarnem i kartkami, na których zapisana była data i nazwy wsi granicznych, a na wierchu układano kamienie, szkło lub znak z metalu.

Kopce „Na Niwkach” są bardzo ciekawe z wielu powodów, nie tylko historycznych, bowiem z przytoczonego tekstu możemy wnioskować, że mogą one maksymalnie pochodzić aż z XIV wieku, czyli nawet czasów tak zwanego księstwa przemyskiego, do którego wtedy należała ziemia lubaczowska. W książce z 1939 roku: „Podział administracyjny województwa Ruskiego i Bełzkiego”, możemy wyczytać coś takiego:

Powiat lubaczowski był najpierw częścią księstwa przemyskiego w XIII wieku, potem oddzielnym powiatem 1377, a w końcu (1388) wszedł w skład ziemi bełzkiej.

Oznacza to, że ziemia lubaczowska, która miała praktycznie do II Wojny Światowej swą granicę między Nowinami Horynieckimi a Niwkami Horynieckimi, musiała być odpowiednio oznaczona. Wygląda na to, że pod pewnymi względami, do dziś zachowało się nam bardzo stare oznaczenie graniczne w postaci kopców. Mamy na tym terenie dwa potrójne kopce, które kiedyś oddzielały księstwo przemyskie od innych księstw ruskich. Potem powiat lubaczowski od powiatu bełskiego, a następnie rawskiego (jeżeli była to granica ziemska, to właściciel zaznaczył ją tylko dlatego, że była to jednocześnie granica administracyjna powiatów, być może był do tego zobligowany?).

Przyjrzyjmy się tym kopcom. Ciekawostką jest to, że oba wyglądają identycznie z jednym szczegółem wyróżniającym. Oba potrójne kopce mają ponad dwa metry wysokości, są okopane czymś w rodzaju fosy. Kopce bliżej Świątyni Słońca są w opłakanym stanie. Idioci bez kultury, domniemam że współcześni poszukiwacze skarbów, zrujnowali idealny ich kształt. Czy nawet wykopując dziurę w poszukiwaniu złomu, potem zakopanie jej jest takie trudne? Cechą charakterystyczną tych kopców jest to, że te bliżej Świątyni Słońca od północy, usytuowane nieopodal drogi przy zielonym szlaku, tam gdzie kończy się las, mamy trzeci mały kopiec od strony wschodu, natomiast druga grupa kopców ma ten mniejszy od zachodu.

Szkic przedstawiający rozmieszczenie jednej z grup kopców, ukazuje, że były one robione z bardzo dużą dokładnością i zamysłem. Kopce te wydają się być trochę zagadkowe, zwłaszcza, gdy porównamy ich idealne kształty z tymi potrójnymi kopcami w okolicy Gorajów. Tamte kopce, które mają trzy takie same kopy, nie do końca odpowiadają jakimś granicom administracyjnym, gdy porówna się je do tych „Na Niwie”. Odpowiedzią tutaj może być przeznaczenie takich kopców, które częściej służyło do wyznaczania granic ziemskich, czyli szczególnie dóbr właścicieli ziemskich.

Wiemy że od 1444 roku majątek Horyniecki, którego granica wschodnia jest jednocześnie granicą dawnego powiatu lubaczowskiego, miał po stronie bełskiej swojego właściciela. Ciekawostką jest coś takiego, że przed wojną taka wioska jak Niwki Horynieckie nie istniała. Najbliższe wioski w tych okolicach nosiły nazwy: Nesteraki, Szupry, Zaniemica, Lasowa – przy której był położony folwark nazywający się „Na Niwach”. Na Niwach jest więc „ojcem” Niwek. Niestety zabudowania folwarczne już nie istnieją, dziś możemy sobie tylko wyobrazić jak wyglądał taki folwark. Posiłkując się analogiczną miejscowością Niwki, ale na Białorusi, gdzie istniał przed wojną folwark, ale został zniszczony, dam zdjęcie przykładowego dworku folwarcznego, może wyglądał podobnie?

źródło: radzima.org

Całkiem poważnie można tutaj doszukiwać się granic majątków ziemskich, mających szczególne znaczenie, bowiem będących także granicą administracyjną powiatową. Warto tutaj jeszcze przytoczyć ciekawostkę od Kopalińskiego ze Słownika Mitów, który przytacza przysłowie (źródło):

Pamiętaj, chłopcze, że tu stały kopce i wyjaśnia, iż na procesjach wzdłuż granic i pól w dniu świętego Marka bito chłopców wiejskich na kopcach granicznych, aby całe życie pamiętali ich położenie. Rzecz bez wątpienia dotyczy czasów pańszczyzny, płaczu na granicy nikt już nie usłyszy, graniczne wzniesienia wessała ziemia, ocalało jedynie przysłowie.

Warto na koniec przytoczyć aspekt tajemniczości tych kopców, bowiem jak pisze Ryszard Kiersnowski w swoim opracowaniu na temat Znaków Granicznych, w czasach pogańskich, szczególnie na Pomorzu, stawiano mogiły na granicach. Stanowiły one potem linię graniczną. Ten stary pogański zwyczaj grzebalny idealnie wpasowuje się w mistykę Świątyni Słońca. Często miejsca, które były otoczone kultem, były też miejscami gdzie w okolicy chowano ludzi. O Świątyni Słońca mamy niewiele opowieści. Są tacy, którzy uważają, że kult pogański w tym miejscu to wymysł grupy ludzi, która chciała stworzyć atrakcję turystyczną. Ale znane są w Nowinach Horynieckich podania o tym, że jeszcze przed wojną byli ludzie, którzy interesowali się tym miejscem jako miejsca kultu. Być może gdyby nie wojna, do dziś ten kamienny kręg zachowałby się w lepszym stanie? W każdym bądź razie na pewno został zdekompletowany. Jednak na miejsce to nie należy patrzeć tylko pod kątem paru kamieni, ale też całego otoczenia. Ciekawym aspektem są właśnie owe kopce, które razem ze Świątynią Słońca tworzą prostą linię. Oczywiście powinno być ich więcej. Niekończenie tworzyły linię prostą, ale uwzględniając też naturalne elementy ukształtowania terenu, takie jak doliny, czy strumienie, zaginały linię graniczną. Wydaje się tu bardzo ciekawe to, że mamy granicę w okolicy Świątyni Słońca, zwłaszcza, że kopce graniczne znajdują się też przy Krągłym Goraju, który według lokalnych podań jest kurhanem. Miedzy Horyńcem a Radrużem na polach są dwa bardzo duże kopce (przez niektórych nazywane kurhanami), obecnie nieco rozorane, ale nadal mają typowo kopcowaty kształt. Tutaj w tej okolicy też biegła granica powiatów. Wygląda na to, że przy okazji tych kopców granicznych można dokopać się do wielu różnych ciekawostek. Temat oczywiście wymaga szczegółowych badań, niemniej jednak rysuje się tutaj ciekawy obszar do eksploracji. Śmiało można powiedzieć, że trasa dawnej granicy powiatów naszpikowana jest wieloma atrakcjami. Być może uda się kiedyś z tego zrobić szlak? Znaki Graniczne, jak pisał pan Kiersnowski, to nie tylko kopce czy naturalne ukształtowanie terenu. Często były to niezwykłe czy charakterystyczne drzewa, kopce z kamieni usypane wokół drzew, znaki ciosane na drzewach, drewniane czy stalowe słupy, wały albo rowy, krzyże czy figury. Do dziś można znaleźć niektóre tego typu znaki znaleźć.

Kierniczki – Dwa nowe obiekty

Przeczesując las ciągnący się za Polanką Horyniecką i Brusnem, potocznie nazywany Kierniczkami, natrafiłem przypadkiem na ciekawe znalezisko. Jest to podest, w którym stał kiedyś zapewne krzyż kamienny, dziś po krzyżu pozostał tylko około 30 cm długości trzon wbity sztywno w podest, który ma bardzo ciekawą formę. Musi być bardzo stary, bo nie jest jak inne bruśnieńskie krzyże ostro ciosany i geometrycznie, ale nieregularny i szlifowany, przez co zaokrąglany. Obiekt ten zasadniczo nie jest oznaczony na mapach, musiał bardzo dawno ulec zniszczeniu, jeszcze przed wojną.

Drugi ciekawy obiekt, na który trafiłem przypadkiem, to krzyż bruśnieński, usytuowany kilkaset metrów obok wyżej opisanego podestu. Gdy patrzymy na współczesne mapy turystyczne, okazuje się, że Kierniczki są jednym wielkim pustkowiem, gdzie zasadniczo nic nie ma, mimo tego, że kiedyś stał tam dworek Liptaya, oczywiście starsze mapy ten krzyż odnotowują. Krzyż ma podobny wygląd, jeżeli chodzi o podest i trzon jak opisany powyżej, tyle że tutaj złamany trzon tkwiący w podeście został wyjęty (stoi teraz obok pobliskiego drzewa) i wsunięty został złamany krzyż. Podest tak samo jak poprzedni zaokrąglany, tyle że tutaj z dwoma ciekawymi dziurami drążonymi, niestety pękł na pół. Na razie krzyż jest zagadką, ciekawostką jest to, że ma wyryte napisy na sobie, trochę przez czas „zjedzone” ale sądzę, że uda się je odcyfrować niedługo.  Być może odsłoni on przed nami ciekawy fakt historyczny Kierniczek?

Oba obiekty stoją sobie samotnie w lesie, by do nich trafić, należy zlokalizować tak zwany dworek w Kierniczkach, jadąc na sam koniec użytku ekologicznego Dworek, trafiamy na drogę w las po kilkuset metrach w prawo, po lewej także droga w las, ale prowadząca na cmentarz z I Wojny Światowej niedaleko Brusienki. Skręcamy w prawo, po kilkuset metrach po prawej stronie, przy sośnie, tuż przy drodze trafimy na podest, łatwo zlokalizować miejsce, gdyż w tym miejscu znajduje się skrzyżowanie leśnych dróg. Drugi krzyż także łatwo odnaleźć, wystarczy iść kilkaset metrów w lewo drogą na tym skrzyżowaniu w stronę drogi na Łówczę i w końcu wejdziemy na nieznaczne wzniesienie, około metrowy pagór i na nim usytuowany jest owy krzyż.


Pokaż Kierniczki na większej mapie

Szachownica źródeł Brusienki

Niegdyś tętniąca życiem wioska, dziś Roztoczańska dżungla na terenach Brusna Starego i jej tajemnice, które odkrywamy na nowo. Brusno Stare posiada unikalne atrakcje przyrodnicze, niegdyś zmodyfikowane przez człowieka, dziś wydające się być naturalne, taką zagadką są źródła Brusienki, nie wszystkie, bo są ich dziesiątki, jak nie setki, ale te, nieopodal drogi na Zagórę są niespotykane. Na fotografii poniżej można zobaczyć coś w rodzaju bloków kamiennych wetkniętych z ziemię, między nimi wypływa szczelinami woda:

Ze szczelin pierwszego rzędu kamieni wypływa woda, płynie kanalikami między drugim rzędem kamieni i potem zapewne wypływała do zbiornika wodnego. Wygląda to tak niesamowicie, że gdyby oczyścić to wszystko, ukazałby się zapewne pierwotny zamysł tego zabiegu. Możemy się tylko domyślać jak to wyglądało kiedyś.

Sam wodzony jakimś odruchem odsłoniłem ze szlamu i roślinności kamienie, nagle ukazały się dziwnie symetrycznie ukośne bloki kamienne, nieco patykiem dłubiąc między kamieniami spowodowałem wytryśniecie przytkanych źródeł, po oczyszczeniu kanałów woda wypłynęła labiryntem szachownicy kamieni. Wygląda na to, że ta szachownica jest większa. Sam zbiornik do którego wpływa woda jest również niezwykły, jest w nim dużo źródeł podwodnych – coś w rodzaju gotującego się piasku. Gdyby się zająć tym zbiornikiem i źródłami, sam nie wyobrażam sobie, co by się ukazało…

Strumienie wody oczyszczają ze szlamu brzegi, okolica ogromnej skarpy ukazuje ogrom miejsca, szachownica ukazuje jego niespotykaną unikalność. Tego typu ocembrowanie, czyli okładanie kamieniami źródeł wydaje się mieć jakiś cel, chyba ze to natura coś takiego wyrzeźbiła…

Nowy punkt widokowy!

Zazwyczaj wycinki połaci lasów przyprawiają miłośnika turystyki o drgawki, ale w sobotnie popołudnie, gdy przebijając się z Niwek Horynieckich do Dziewięcierza dostrzegłem spory wyrąb na pokaźnym stoku góry, którą sobie orientacyjnie nazwałem Piaskową (od południa góra jest rozkopana, pozyskiwano piasek), wiedziałem, że zobaczę z jej szczytu coś ciekawego i nie pomyliłem się, wyrąb pokaźnie odsłonił panoramę, na ile to było możliwe, wzniesień Werchraty – Moczar na dalszym planie i bliżej zapewne Szustaki, w dole plątanina wąwozów, szczery las, i słońce zachodzące nadało widokom oraz fotografiom niespotykanego klimatu. Najłatwiej dostać się tam od Dziewięcierza, skręcając w drogę gdzie wjazd jest też po drugiej stronie na Moczary. Przecinamy tory i można zacząć szukać miejsca 😉 Fotogaleria wyskoczy po kliknięciu TUTAJ, albo po wkliknięciu na poniższy obrazek. By ostrość zdjęć była ostrzejsza wciśnijmy tryb pełnoekranowy przy pomocy f11 lub opcję full screen na dole po prawej w fotogalerii.

Studnia w ruinach klasztoru Bazylianów

Wszedłem do studni nie tylko by pooglądać roślinność i poczuć chłodny klimat kilka metrów pod ziemią, ale i też, by nagrać filmik, który poniżej i można pooglądać. Studnia znajduje się w okolicach Werchraty, na wzgórzu nazywanym tutaj Monastyr, gdzie kiedyś istniał klasztor Bazylianów.

Cytując za Grzegorzem Rąkowskim: Według tradycji klasztor obrządku wschodniego istniał tu już  w XII w. i był jednym z najstarszych na Rusi. Niektórzy  przypuszczają, że właśnie z tego monasteru wywodził się Piotr  Racki (Reteński), piastujący na początku XIV w. godność  metropolity kijowskiego, zmarły w 1326 r., a w 1360 r. uznany  za prawosławnego świętego. Zachowane dokumenty świadczą  jednak, że klasztor, i to unicki, a nie prawosławny, powstał  w tym leśnym uroczysku dopiero w XVII w. (choć nie jest  wykluczone, że założono go na miejscu wcześniejszego monasteru  prawosławnego).

O innych ciekawych elementach tego miejsca będzie jeszcze czas wspomnieć, według tradycji miejsce to ma niesamowicie odległą historię, w ogóle okolice Werchraty mają bardzo bogatą tradycję.

Studnia natomiast jest bardzo ciekawym miejscem dla poszukiwaczy przygód, ma około czterech metrów może więcej głębokości,, i jest dość szeroka, około dwa metry średnicy, była o wiele głębsza, ale została ponoć zasypana, zapewne dlatego, że jak wiele innych studni gdzieś głęboko w tych lasach stanowiła zagrożenie dla ludzi i zwierząt. Po już nieistniejących wioskach tego typu pułapek było sporo, do dziś w lasach można takowe  głębokie studnie odnaleźć! Wejść do tej studni łatwo, pomaga w tym wyrastające drzewo ze ściany, ale wyjść… to już problem… dzięki pomocnej ręce WMB udało się wyjść 🙂

 

Gwiazda heksapentalna w Radruskiej cerkwi

Dziś udało mi się sfotografować wreszcie Radruską gwiazdę heksapentalną w cerkwi. Umieszczona jak opisywałem wcześniej na sosrębie – główna belka podpierająca budynek, oto zdjęcie:

Dowiedziałem się dodatkowo kilku szczegółów. Oczywiście według przewodniczki jest to najprawdopodobniej podpis cieśli. Dla mnie ten symbol jest o wiele ciekawszy, niż sam podpis. Wedle przewodniczki belka z rozetami jest jedną z najstarszych części cerkwi, mającą około czterystu lat. Skoro jest to symbol mający tak ogromną ilość lat, możemy go uznać za jeden z najstarszych na tych ziemiach (najstarszy krzyż datowany na tych ziemiach ma około dwustu lat). Najciekawsze w tym jest, że ten symbol jest powszechnie znany, jako gwiazda heksapentalna, pradawny symbol solarny, mający właściwości magiczne ochronne.

Jak widać symbol ten, jak i wiele innych przeniknął do religii, stanowiąc teraz mało ważny element zdobniczy. Faktycznie dziś uznaje się ten symbol za ozdobę, ale setki lat temu ktoś wyrył go z jasną intencją, która miała chronić magicznie tę cerkiew przed złymi mocami.

Małą zagadką na razie zostaje dla mnie znaczenie tych pobocznych rozet w kształcie wiru…

Poniżej ciekawe zdjęcie ambonki z tej samej cerkwi z dziewiętnastego wieku:

Jak widać można rozpoznać ten sam wzór gwiazdy heksapentalnej, na tej ambonce owa gwiazda jest w każdym rogu, choć tutaj moze to być już raczej typowa ozdoba…

Tutaj z kolei krzyż z pobliskiego przycerkiewnego cmentarza:

Wzór gwiazdy się powtarza, w różnorodnych kombinacjach, na dużej ilości krzyży! Pokazuje to, że ten symbol był tutaj bardzo popularny.

Wkrótce nowe doniesienia związane z symbolami solarnymi…