Wielki Dział to Serce Roztocza

Ktoś, kto chce zobaczyć co ma Roztocze do zaoferowania dla poszukiwaczy niespotykanych nigdzie indziej wrażeń czy też znalezienia spokoju umysłu, proponuję niezwykłą wycieczkę, będzie to Werchrata. Gdy miniemy we wsi cerkiew z monumentalną kopułą, wyglądająca jakby była wzorowana na tę z bazyliki św. Piotra w Watykanie, będąca też jedną z większych na Roztoczu, szukamy drogi pod górę. Zlokalizujemy ją łatwo, jest ona tuż przy budyneczku wyglądającym jak „peerelowski” punkt skupu mleka. Wdrapujemy się pod górę, najpierw ukazuje się nam walący budynek, potem na północ aż na sam szczyt. Tam już możemy podziwiać niezwykłą panoramę mającą pełny kąt 360 stopni! Na wschodzie wzniesienia z okolicy Siedlisk, okolica południa w oddali ukazuje wzniesienia Zawałyli i wał Werchracki z polami, kopułą cerkwi oraz okolicę gdzie leży legendarny Diabelski Kamień, możemy od razu ocenić odległość od Monastyru, sporego wzniesienia na północnej ścianie, tam stał klasztor, który chciał ponoć Diabeł zniszczyć tym kamieniem. Oczywiście pewnie ktoś zapyta, jak można kamieniem, nawet mającym około osiem metrów długości zniszczyć klasztor, przecież można go odbudować. Diabelski kamień nie od parady nazwany tak został, mając kontakt z różnorodnymi ludźmi, odbyłem ciekawą rozmowę z pewnym radiestetą, okazało się, że kamień ten promieniuje negatywną energią. Więc wrzucenie tego kamienia na Monastyr oznaczałoby, że stałoby się ono miejscem gdzie ludzie źle by się czuli, w efekcie zniszczenie klasztoru bazylianów, czyli miejsca uświęconego.

Nieopodal Monastyru chowają się Długi i Krągły Goraj, najwyższe wzniesienia Roztocza, które w porównaniu z Wielkim Działem wydają się mniejsze, ale to złudzenie, wystarczy, że przejdziemy dalej, za zakręt w kierunku przysiółka Łozy, na odpowiednim punkcie drogi, patrząc na północ dostrzeżemy Długiego Goraja jak zaczyna wizualnie górować nad wszystkimi wzniesieniami. Ale naszym celem będzie inny punkt na tej drodze, to skrzyżowanie polnych dróg wyznaczających niemal idealnie kierunki świata, na zachód polna droga będzie wskazywać Wielki Dział, ten widok warty jest dłuższego opisu. Wrażenie nie tylko robi sama panorama, gdyż mamy przed sobą naprawdę widok niespotykany, ale coś więcej. Wielbiciele medytacji w ruchu mogą odczuć zrównoważone żywioły, ognia w formie słońca, powietrza dzięki ogromnej przestrzeni, ziemi, oraz wody będącej potężnym żywiołem, która emanuje zewsząd. Spod okolic Wielkiego Działu wypływają źródła Tanwi płynącej do Bałtyku i Raty, płynącej przez Ukrainę, dalej wpadającej do Bugu. Uważa się też, że właśnie Wielki Dział jest punktem, spod którego wychodzą podziemne rzeki wód, których źródła wybijają na Polance Horynieckiej, Bruśnie, Nowinach, Werchracie i w wielu innych miejscach. Dlatego też mam wiele powodów uważać, że Wielki Dział jest niezwykłym wzniesieniem, nie tylko koncentruje uwagę, jako punkt równowagi żywiołów, ale daje niecodzienne wrażenia tak zwanego przenoszenia świadomości, czyli w wyobraźni przechadzanie się po nim. Do tej zabawy potrzeba z każdej strony to wzniesienie zobaczyć, oraz udać się też na sam Wielki Dział i przejść się jego szczytem, czy też okolicami. Gdy poznamy to wzniesienie, będziemy mogli doznać radości przeniesienia się w wyobraźni z jednego punktu do drugiego oddalonego kilka kilometrów w ciągu sekundy. Niektórzy starsi mieszkańcy nazywają Wielki Dział – Giłem, tak też będę teraz Go tytułował. Gił to bardzo specyficzne wzniesienie, wydłużony garb, obecnie trochę naszpikowany bunkrami, otoczony lasami i bagnami. Gdyby się mu przyjrzeć z bliska ma formę wydłużonej piramidy kilkustopniowej. Nieopodal na Hucie Złomy (nie od złomu, tylko od leśnych złomów po wichurze, czyli przewróconych drzew) mieszka moja babka Helena, tak jak inni mieszkańcy tych okolic mówi, że płaci niższe podatki (może kiedyś płacili?), tłumaczą to tak: jak Gił wyleje, to całe Złomy będą pod wodą, faktycznie, wioska jest w dolinie, ale dlaczego miałby Gił wylać? Możemy się tylko domyślać, że skoro stąd wypływają podziemne rzeki, i naukowcy nazwali go Wielkim Działem „wodnym” (390 m n.p.m.) to stanowi on ogromny żywioł wodny.

Nie sposób nie wspomnieć o pewnej perspektywie widokowej niedaleko Woli Wielkiej, gdzie znajduje się nazywany przez niektórych Drugi Diabelski Kamień nieopodal małej jaskini. Jeżeli staniemy za tym dużym kamieniem, który będę nazywał Diabelskim, bowiem też ma mieć on negatywną energię, to zobaczymy Wielki Dział w formie ogromnej góry, niemal jak wulkan wyłaniający się znad czubków drzew, niestety tylko w porach roku, gdy nie ma liści na drzewach. Do tego proszę sobie wyobrazić jak nad czubkiem Giła właśnie w południe świeci słońce…

Gił robi też duże wrażenie nie tylko z punktu widokowego pod Narolem, ale z okolic byłej wioski Dahany, rozległa pofalowana polana z pojedynczymi drzewami, otoczona szczelnie lasem i od zachodu pagór Giła, dla poszukiwaczy klimatu miejsca, bezcenne wrażenia!

Pasjonaci militariów i II Wojny Światowej znajdą na Wielkim Dziale „bunkry” z Linii Mołotowa, często odwiedzany jest ten wycelowany na zachód z działkiem, które wygląda jakby trafił w nie pocisk, a jego odłamki można odnaleźć wbite w ściany. Różnorodny drzewostan, niesamowita cisza, dzika przyroda, okolice Giła kryją więcej niespodzianek, wszystkiego zdradzać nie można, te najbardziej niezwykłe rzeczy związane z tym wzniesieniem muszą pozostać tajemnicą, by Gił intrygował. Dlatego też, gdy wejdę czasem z kimś na punkt widokowy nad Werchratą i dotrę do skrzyżowania polnych dróg, wiem, że mam coś niezwykłego, co mało kto potrafi osiągnąć, to przeniesienie świadomości, wędrówka wyobraźnią po niezwykłych okolicach Giła. Przede mną ogromna przestrzeń ziemi i powietrza, słońce językami ognia rozpala wyobraźnię a umysł w przeciągu sekundy udaje się w okolice Wodnego Potwora. Równowaga żywiołów prowadzi umysł po tajemnicach centrum skąd wypływają wody, woda wedle filozofii wschodu symbolizuje emocje, kluczem do znalezienia spokoju duszy, jest znalezienie ukrytego źródła czystej wody w sobie. Sercem czystej wody Roztocza jest Gił, dlatego to miejsce jest tak niezwykłe, gdyż ma znaczenie niemal duchowe. Centrum i Duch Roztocza znajduje się właśnie tutaj. Wielu stojąc obok mnie widzi tylko pagór, ja widzę coś więcej, teraz już wiesz co.

GLC

Cerkiew w Płazowie

Stara drewniana cerkiew z Płazowa, która postawiona była w 1728 roku, otoczona była lipami i kamiennym murem ponad metr wysokim. Istniał on jeszcze w latach 60tych XX wieku. Niestety został rozebrany. Nową murowaną cerkiew postanowiono wznieść w 1936 roku nieopodal drewnianej, w kierunku zachodnim, na terenie cmentarza przycerkiewnego.

Z tego cmentarza przetrwały 4 nagrobki do lat 60tych. W międzyczasie zaginał jeden z kamiennych krzyży, usytuowany najbliżej kamiennego muru. Dziś w południowo zachodnim rogu cmentarza znajdziemy nagrobek księdza Neronowicza zmarłego w 1871 roku. Jest to krzyż żeliwny na kamiennej podstawie. Na południe od cerkwi usytuowane są dwa kamienne krzyże, jednej z nich leży, zapewne inskrypcją do ziemi, wygląda na archaiczny, być może jest starszy od tego, który stoi obok i jest z 1734 roku. Jest to jeden z najstarszych datowanych kamiennych krzyży bruśnieńskich. Tłumaczenie inskrypcji brzmi tak:

Życie zakończył sługa Grzegorz Buńko roku bożego 1734. Miesiąca lutego dnia 1.

Karol Notz o starej cerkwi pisze, że na nawie miała napis: „Świątynię tę […] Mikołaja Stertyńskiego kosztem mieszczan miasta Płazowa za przyłożeniem się Iwana Grocha i żony jego Katarzyny roku bożego 1798.” Ikonostas w cerkwi miał być przywieziony ze wschodu, o bizantyjskim stylu, odnowiony w 1873 roku. Był obraz św. Mikołaja z 1740 roku. Przed tą cerkwią, była jeszcze starsza, która stała obok na pagórku. Musiała ciekawie wyglądać, skoro dawała na „stryszku” schronienie ludziom, którzy się tam bronili przed Tatarami w 1672 roku. Miasteczko Płazów powstało w 1614 roku, zapewne pierwsza cerkiew powstała niedługo później.

Dzwonnica zapewne z XVIII wieku została po wojnie rozebrana i przeznaczona na opał. W murowanej świątyni był bardzo duży kryształowy pająk, tak że zajmował całą kopułę od środka! Po wojnie został przeniesiony do pobliskiego kościoła, ale obecnie już go tam nie ma.

Fotografie poniżej pochodzą z Cyfrowego Archiwum Jerzego Tura i Barbary Tondos – przedstawiają cmentarz przycerkiewny w okolicy 1960 roku.

Dwie fotografie poniżej, pochodzą ze strony fotopolska.eu, są z 1941 roku.

Fotografia z 1987 roku – źródło: www.pslava.info

Mapka katastralna z 1854 roku z centrum i okolicą cerkwi płazowskiej z Archiwum w Przemyślu:

Cerkiew w Ułazowie i jej niezwykłe dzieje

Cerkiew w Ułazowie miała powstać w okolicy 1843 roku. Wcześniej w tym miejscu stała starsza świątynia. Według relacji mieszkańców, cerkiew powstała z materiału rozbiórkowego po browarze w Starym Dzikowie. Z różnymi przygodami przetrwała do dziś.

W 1986 roku prawie się spaliła, bo po mszy nie zgaszono świec i od nich zajęły się zasłony. Na szczęście straż pożarna ugasiła pożar. Sama cerkiew jest mało znana pasjonatom regionu, niewielu było też w środku. Zapewne zniechęcające jest obite boazerią wnętrze. Po pożarze mieszkańcy uznali, że to najszybszy sposób na odnowienie świątyni, stąd zasłonięte zostały dość niezwykłe malowidła z około 1900 roku, kiedy to ozdobiono wnętrze. Na stronie Cerkiewnik znajdziemy taką oto ciekawostkę związaną z tymi malowidłami:

Pod warstwą boazerii znajduję się na sklepieniu polichromia przedstawiająca a dokładniej dzieląca sklepienie na 2 części: Piekło i Niebo. Zaś twarze nieszczęśników i tych szczęśliwych mają być podobiznami mieszkańców Ułazowa. Malowanie Cerkwi trwało dość długo, najpierw na łączenia desek naklejano lniane paski płótna aby ukryć łączenia desek następnie gruntowano i rozpoczęto malowanie. A że malarze byli dość młodzi i przystojni nie obywało się bez „bałomucenia” miejscowych parafianek nie tylko panien ale i co urodziwszych mężatek. Co skutkowało tym, iż męska część parafian postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i niemiłosiernie pobiła nieszczęsnych malarzy. Ci w zamian za ten czyn w części piekielnej sklepienia namalowali postacie co bardziej krewkich parafian.

W dwudziestoleciu międzywojennym wydano ciekawą pocztówkę z projektem nowej cerkwi.

Awers pocztówki z projektem cerkwi w Ułazowie – rewers zobacz TUTAJ

Jeżeli myślicie, że nie udało się zbudować tej świątyni… to się zdziwicie. Budowę rozpoczęto i powstały dwie ściany! Dalszą budowę zastopowały działania związane z wojną.

źródło foto TUTAJ

Niestety, po wojnie miejscowi rozebrali mury niedokończonej świątyni i materiał użyto do budowy budynku gospodarczego w PGRze. Pewnie potem na tym miejscu postawiono kościół w Ułazowie. Do dziś przetrwała, ale w fatalnym stanie dzwonnica z XIX wieku. Prezentuje starszy i rzadszy typ konstrukcji z 9 słupami. Starannie wykonana przez dobrych cieśli stanowi warty konserwacji obiekt, niestety niszczeje…

Według Karola Notza, który odwiedził Ułazów w 1904 roku, w cerkwi znaleźć można było ciekawy „krzyż drewniany przez tutejszego wieśniaka rzeźbiony”. Według niego dzwonnica wybudowana została w tym samym roku co cerkiew. Ikonostas odnowiony z XVIII wieku. W cerkwi znaleźć można było także kopię dwóch erekcji, z 2/7 1665 roku i 22/7 1689 roku.

Poniżej mapa katastralna z 1854 roku, gdzie zobaczymy okolicę świątyni.

Niezwykły lwowski krzyż w Werchracie

W Werchracie, w północno-zachodnim rogu placu cerkiewnego (obecnie kościół), znajdziemy niezwykły nagrobek z czerwonego piaskowca. Pochowany został tam zasłużony dla werchrackiej parafii greckokatolickiej ksiądz Eugeniusz Chomiński (30.03.1867 – 04.07.1939). Jego synem był wybitny muzykolog Józef Michał Chomiński.

Jednak w tym przypadku nie interesuje nas biografia osoby, ale sam nagrobek. Wykonany został we Lwowie w pracowni T. Iwanowicza (sygnatura po lewej na dole podstawy). Zapewne chodzi o pochodzącego z Tarnopola Tadeusza Iwanowicza, majstra kamieniarskiego, który uzyskał 1912/13 świadectwo uzdolnienia do samoistnego prowadzenia pracowni kamieniarskiej w Szkole Przemysłowej we Lwowie. Pokazuje to, że rodzina była na tyle zamożna, że mogła sobie pozwolić na zakup nagrobka wykonanego w miejskiej pracowni kamieniarskiej z lepszego surowca niż wapień. Większość ludzi w tym regionie zamawiała nagrobki w wiejskich pracowniach kamieniarskich w Starym Bruśnie.

W krzyż wmontowany jest ciekawy medalion z głową Chrystusa, który także jest sygnowany. Wykonany został w odlewni J. Jagniewskiego we Lwowie.

Jan Jagniewski był artystą metaloplastykiem, miał warsztat grawerski i odlewnię, zlokalizowane były na ulicy Janowskiej 49 we Lwowie. Tam też był jego parterowy dom. W jego rodzinie żywe były tradycje niepodległościowe, brał udział w obronie Lwowa w 1918 roku, za co odznaczony został Krzyżem Obrony Lwowa nr 403. Jego córką była Kazimiera Jagniewska, wybitna działaczka harcerska. Jan Jagniewski zmarł w 1938 roku i pochowany jest na cmentarzu Janowskim. Źródło info o Jagniewskich TUTAJ

Rzeźb, czy nagrobków z warsztatów lwowskich jest sporo na Roztoczu, tylko mało które są sygnowane, dlatego takie nagrobki warto opisywać i przede wszystkim chronić. Sygnowanych medalionów jest bardzo mało i także mało kto zwraca na nie uwagę. Tymczasem kryją się za nimi ciekawe historie.

Artefakty te są takim lwowskim „smaczkiem” w tej części Roztocza. Sama inskrypcja nagrobna wykonana jest cyrylicą, sygnatury po polsku.

Cerkiew św. Paraskiewy w Łówczy

Czas powstania pierwszej świątyni w Łówczy nie jest znany, być może spalona wraz z dokumentami została podczas najazdu Tatarów w 1672 roku. Według Karola Notza, który odwiedził Łówczę w 1904 roku, pod prezbiterium obecnej świątyni znajduje się belek, który miał być dawniej odrzwiami starej cerkwi z napisem „Sosdan chram sej 1698”. Co oznacza, że druga z kolei świątynia miała powstać po najeździe tatarskim. Natomiast trzecia, współczesna cerkiew, zbudowana została w 1808 roku, dzięki staraniom ówczesnego właściciela wsi Jana Matczyńskiego.

Mapa katastralna z 1854 roku, Łówcza – cerkiew i dwór. Widać na niej oryginalną drogę przez dolinę, plan ogrodu dworskiego i założenia cerkiewnego z dzwonnicą bramną.

Pierwotnie miała wygląd kościoła z dwudzielnym planem i dachami dwuspadowymi. Pod zakrystią od południowej strony zbudowana została krypta rodowa. Świątynia zmieniła swój wygląd w 1899 roku, kiedy to podczas remontu postanowiono ją dostosować do potrzeb grekokatolików, dodając babiniec i kopułę nad nawą główną. Początkowo wewnętrzne ściany malowane były na biało, dopiero w 1905 roku pokryto je malowidłami.

Ikonostas zapewne pochodzi z podobnego okresu co remont świątyni, bowiem wygląda na dość współczesny, stylowo bardziej zachodni niż wschodni. Po 1947 roku część ikonostasu zdemontowano, co związane było z potrzebą odsłonięcia prezbiterium i ołtarza do celów prowadzenia mszy katolickich. Carskie wrota zostały ukradzione w 2003 roku. Część wyposażenia z cerkwi łówczańskiej znajduje się w muzeum w Łańcucie i Lubaczowie.

Po akcji „Wisła”, kiedy wysiedlono większość grekokatolików z ziem wschodnich, cerkiew nie miała opiekunów, dlatego została przejęta przez kościół katolicki i stała się kaplicą filialną parafii rzymskokatolickiej w Płazowie. Około 1960 roku wykonano remont świątyni. Wtedy właśnie południową zakrystię przerobiono na salkę katechetyczną.
W latach 1998-2002 został wybudowany nowy kościół filialny w Łówczy dla parafii płazowskiej, którego patronką została Matka Boża Bolesna. Wtedy też cerkiew przestała być użytkowana przez wiernych i obecnie jest obiektem zabytkowym.
Przy cerkwi znajdziemy drewnianą dzwonnicę z końca XIX wieku. Zbudowana została przez cieślę o nazwisku Petraszkewycz, który wyciął swój podpis na belce na piętrze dzwonnicy. Poprzednia miała stać na osi świątyni, zapewne jako dzwonnica bramna.

Wycięty podpis cieśli na belce na piętrze dzwonnicy, który podpisał „swoją robotę”.

Stare dzwony zostały zarekwirowane podczas I wojny światowej przez Austriaków. Wykonane po I wojnie dzwony przetrwały do naszych czasów, ale niestety zostały przeniesione w inne miejsce.
Cerkiew otoczona jest kamiennym murem, który szczególnie widoczny jest od strony wąwozu. Częściowo jest przysłonięty, na nim usytuowane jest ogrodzenie składające się z kamiennych słupów i niszczejącego już drewnianego płotu. Świątynia ma mało spotykane usytuowanie, które sprawia, że jest bardzo malownicze i bardzo atrakcyjne wizualnie, bowiem stoi na skraju głębokiej doliny. Jej odkrzaczenie w przyszłości i stworzenie ścieżki spacerowej dookoła na dnie doliny spowoduje, że świątynia stanie się bardzo atrakcyjnym miejscem. Zwłaszcza, że sąsiaduje przez dolinę z parkiem podworskim, do którego jest dojście, co podnosi szczególnie walory historyczne i rekreacyjne podczas zwiedzania.
W okolicy cerkwi znajdziemy 6 nagrobków z warsztatów bruśnieńskich, dwa z nich wieńczone były żeliwnymi krzyżami, niestety nie dotrwały do naszych czasów. Dwa dodatkowe kamienne krzyże znajdują się pod podłogą prezbiterium, są to zapewne krzyże sprzed 1808 roku. Pokazuje to, że nowa cerkiew została postawiona na miejscu mniejszej obejmując swoim zasięgiem część cmentarza. Przy cerkwi znajdziemy też coś w rodzaju nagrobka symbolicznego z warsztatów lwowskich, poświęconemu jednemu z właścicieli ziemskich Łówczy Ignacego d’Thulliego z 1842 roku.
Podczas pobytu w Łówczy Karola Notza w 1904 roku, w cerkwi były między innymi:
1. Stary obraz M.B. z Dzieciątkiem Jezus – dookoła winogrona.
2. Obraz św. Paraskewii z r. 1771, na drzewie, ale odnowiony.
3. Stara cymboryja drewniana z napisem: „Seju cymboriu sprawyw Dymeter Roku Bożyja 1742 misacja julia”, pozłacana b. d. zachowana [chodzi o chrzcielnicę].
4. Jeden boczny ołtarz z r. 1818.
5. W drugiej zakrystii, po lewej ręce jest obraz św. Onufrego z r. 1735 m. aprila, po boku jego życie przedstawiono, tło wyrzeźbione dookoła i do tego złocone na drzewie.
6. Jest obraz Jezusa Chrystusa pod krzyżem na ołtarzu siedzący, ze serca wyrasta winogron, który otacza dookoła, a z tego winogronu wyciska Chrystus sok winny do kielicha, który anioł trzyma. Obraz oryginalny, na płótnie namalowany, dużych rozmiarów, dobrze zachowany.
7. Na chórze starszy obraz św. Katarzyny z fazami jej życia, na płótnie malowany.
8. Była też kaplica (nieopodal cerkwi) Rylskich, Cybulskich, dziś rośnie drzewo na grobach.
Adres: 37-614 Łówcza (bez numeru), Cerkiew św. Paraskewy, dojechać można tam mijając starą szkołę w Łówczy, obok cmentarza.

GLC

Minęło 7 lat od ostatniego wpisu

Minęło 7 lat od ostatniej aktywności na stronie! To dlatego, że aktywność ta przeniosła się na facebooka – facebook.com/OddzialRozpoznawczoBADawczy – tam też z czasem osłabła. Nie oznacza to, że działalność na niwie eksploracji Roztocza ustała, wprost przeciwnie, drastycznie się zwiększyła. Przeniosła się niestety na inne miejsca w sieci i nie tylko. Stąd pozorne uśpienie.

Teraz nastąpi zwrot i reaktywacja. Na stronie zacznie się pojawiać z czasem sporo ciekawych artykułów.

Kapliczka w Bełżcu ze św. Janem Nepomucenem – maj 2018

Jak Stiaha znaleziono!

Relacja z poszukiwań bunkra Stiaha, autorstwa Alfonsa Filara:

We wrześniu 1947 roku żołnierze KBW cały czas pilnowali lasu monastyrskiego, wokół niego często były na stałe zainstalowane gniazda ciężkich karabinów maszynowych. Dzięki informacjom od pojmanych upowców, dowiedziano się, że właśnie tam w swoim bunkrze dowódczym „Belweder” rezydował Stiah – czyli Jarosław Staruch, dowódca OUN na „Zakierzonie”. Miał być dobrze chroniony przez Ukraińską Służbę Bezpieczeństwa, w kwaterze dobrze zamaskowanej, w specjalnie uzgadnianych miejscach spotykał się on z łącznikami, którzy roznosili meldunki do podległych mu oddziałów. Meldunki szły też na teren ZSRR, do centrali, które przenosili przez granicę łącznicy. Łącznik, żeby być niezauważony, przechodził przez granicę w specjalnych miejscach. By nie zostawić po sobie śladów, przymocowywał do butów i do rąk odpowiednio zmontowane kopyta dzika, i tak na czworakach przechodził granicę. Centrala UPA była we Lwowie, łącznik posługiwał się podrobionymi dokumentami, które otrzymywał nieopodal granicy od współpracujących upowców. Takich kurierów Stiah miał czterech, dwóch z nich zginęło jesienią 1946 roku i potem dwóch KBW ujęło w Bruśnie Starym, to dzięki nim teraz trafiono na ślad głównego dowódcy nacjonalistów ukraińskich w Polsce. Na podstawie zeznań jednego z łączników sporządzono plany operacyjne w lasach monastyrskich. Przeszukiwano metr po metrze każdy kawałek lasu, ale długo na nic nie trafiono.

16 września 1947 roku rozpoczęto kolejny dzień poszukiwań. Utworzono długą na 500 metrów tyralierę i przeszukiwano las. Po jakimś czasie współpracujący z KBW łącznik, będący na miejscu dostrzegł wąski pasek nieświeżej trawy. Zaczął ją podnosić i okazało się, że zakrywa ona ścieżkę. Szybko obstawiono wokół to miejsce i zaczęto odrzucać trawę ukrywającą dróżkę. Po 30 metrach trafiono na jałowiec, wyrwano go bez problemów i pokazała się drewniana pokrywa. Po jej odsłonięciu ukazał się otwór w ziemi. Postawiono nad nim żołnierza z automatem i zaczęto odrywać inne krzewy w okolicy, udało się w ten sposób natrafić na dwa kolejne wejścia. Całą okolicę obstawiono wojskiem, 80 żołnierzy z bronią maszynową zajęło stanowiska, będąc gotowymi do strzału. Według łącznika, jeżeli to kwatera Stiaha, to nie było tam więcej niż 10 partyzantów do ochrony, ale na pewno okolica była

Staruch_Jaroslaw
„Stiah”

zaminowana. Postanowiono wykorzystać łącznika i spróbować namówić będących w bunkrze do wyjścia, chciano ująć ich żywcem. Łącznik podszedł do bunkra i powiedział, że ucieka przed wojskiem, które otoczyło okolicę i żeby uciec, muszą teraz wyjść. Niestety w odpowiedzi usłyszał, że już wiedzą, że ich zdradził i nie dadzą się żywcem ująć. To potwierdziło, że mają do czynienia z bunkrem „krajowego prowidnyka”. Natychmiast sporządzono meldunek i polecono wysłać go za pośrednictwem Rzeszowa do Warszawy, że wykryto bunkier „Stiaha” – krajowego prowidnyka OUN.

Postanowiono pertraktować z załogą Stiaha, wysłano do bunkra znów łącznika, ale gdy się do niego zbliżył, jeden z upowców wystawił lufę karabinu z otworu i zaczął strzelać na oślep. Po chwili strzały ustały. Wysłano wtedy dwóch żołnierzy, by przeczołgali się do otworu i rzucili kilka rakiet dymnych, po czym mieli zakryć pokrywę. Jeden z żołnierzy zaczął strzelać w kierunku otworu dla osłony i po chwili drugi podczołgał się szybko strzelając rakietami do środka, po czym zaciągnięto pokrywę. Potem żołnierze podczołgali się do dwóch kolejnych otworów i tam też strzelono rakietami dymnymi, zasłaniając pokrywy. Następnie szybko wycofali się za pagórek, gdzie przebywał major Puteczny. Ponieważ spodziewano się min, posłano po saperów. W międzyczasie w okolicy nastąpiła potężna detonacja, tak duża, że wyrzuciła w powietrze duże drzewo, które spadło z hukiem na ziemię. Wycofano się dalej i czekano na rozwój sytuacji. Po godzinie przybyli saperzy z wykrywaczami. Przeszukali teren i znaleźli w okolicy bunkra trzy pociski artyleryjskie płytko pod ziemią, połączone przewodami. Obcęgami przecięli je. Po chwili spod ziemi dało się usłyszeć pojedyncze strzały, to banderowcy kończyli ze sobą. Przeczekano około pół godziny, zaczęło się ściemniać, po czym znów do każdego otworu strzelono rakietę dymną. Nadal było cicho. Zapadł już zmierzch. Postanowiono obstawić teren, tymczasem dowódcy pojechali do sztabu w Werchracie. Tam sporządzono meldunki i przesłano do władz centralnych.

Koło szóstej rano dowódca wrócił na miejsce i zameldowano mu, że całą noc było cicho. Gdy odsłonięto pokrywy, z otworów zaczęły wydobywać się płomienie. Banderowcy oblali bunkier materiałem łatwopalnym i podpalili. Polecono wrzucić ładunki wybuchowe saperom, w celu zagłuszenia ognia, niestety nie udało się, ziemia wyleciała w powietrze odsłaniając kolejne dziury, z których wydobywał się ogień. Szybko zaczęto je zakopywać. Ustalono miejsce, gdzie powinien być bunkier między trzema wejściami i zaczęto tam kopać. W końcu dokopano się do sufitu bunkra, spalone belki zapadły się do środka i buchnął ogień. Przywieziono beczkę z wodą i zagaszono ogień. Była wtedy 11 przed południem. Wtedy też pojawił się jakiś pułkownik z porucznikiem z Warszawy, mając nadzieję, że ujmą żywcem Stiaha.

Po ugaszeniu ognia, gdy dostano się do środka, okazało się, że było w środku tylko trzech banderowców. Dwóch z nich miało postrzały w tył głowy, trzeci z nich, który był rozpoznany jako Stiah, siedział skulony na pryczy w rogu z pistoletem w ręce. Sekcja zwłok pokazała później że się otruł.

Z bunkra udało się wyciągnąć sporo dokumentów, które nie spłonęły, mapy sztabowe, kilkanaście sztuk broni, amunicję, a także dużo waluty: dolary, marki niemieckie, franki, ruble korony czeskie, polskie złote. Były też dwa aparaty fotograficzne, po zinwentaryzowaniu wszystko to zabrano do sztabu.

Tak operację znalezienia Stiaha opisywał Alfons Filar. Wiadomo, że ze względów na realia PRLu nie wszystkie informacje zostały ujawnione. Sam Filar pisze o ujęciu Stiaha: nasza grupa unieszkodliwiła największego watahę, OUN-owca, który niejedną zbrodnię miał na sumieniu.

Z nieoficjalnych źródeł można się dowiedzieć, że bunkier nie był tak ubogo urządzony jak opisywano. Miały tam być w okolicy inne bunkry, będące składem broni i amunicji. Stiah posiadał też duży skarbiec nie tylko z walutą ale i różnorodnymi kosztownościami na przykład w złocie. Żołnierze po wyjściu z bunkra byli bardzo dokładnie przeszukiwani, bo obawiano się, że sobie coś wezmą. Funkcjonuje też podanie, że Stiah zdołał w nocy uciec innym zapasowym wyjściem. Ciekawe są też opowieści, że w bunkrze jeden z upowców przeżył i został zabrany, nie wiemy co zdążył powiedzieć, bo miał umrzeć po kilku godzinach. Na pewno bardzo dokładne informacje na temat operacji związanej z bunkrem Stiaha były przechowywane w archiwach wojskowych i milicyjnych. Zapewne są gdzieś dostępne. Czekamy na opracowanie tematu przez historyków!

(góra monastyr z ruinami klasztoru, tam mogiła upamiętniająca „bohaterów” UPA)

Nie dziwi fakt, że Ukraińcy do dziś stawiają pomniki swoim „bohaterom”, dla nich to była śmierć godna i bohaterska, bo nie wydał swoich. Ten pomnik na bunkrze Stiaha jest sukcesywnie niszczony przez „nieznanych sprawców”, a ten na wzgórzu Monasterskim jeszcze bardziej zaciekle rozbijany, a przez Ukraińców odnawiany. Polegli w tych lasach to byli wysocy rangą osobnicy dla niektórych Ukraińców, walczący o odzyskanie ziem aż do Sanu.

Tutaj jeszcze dodam ciekawostkę. Otóż Polscy żołnierze przeszukując tereny Monasterskich lasów mieli bardzo ciężką przeprawę, Ukraińcy wykazywali się niesamowitą pomysłowością partyzancką. Nie dość że ich schrony znajdywały się pod ziemią w terenie górskim czy pagórkowatym, to ich wejścia były tak sprytnie zamaskowane, że często nie było możliwości ich znaleźć. Zazwyczaj pod krzakami, pod pniakami, znajdywało się wejście do jakiegoś tunelu i podziemnej komory. Nagle wyskakujący znikąd ludzie i strzelający w plecy, czy jeszcze przebieglejsze sztuczki typu przywiązani sznurem do drzew wysoko w konarach bojówkarze strzelali do żołnierzy jak do kaczek w plecy gdy ich minęli. Przywiązywali się dlatego by nie spaść gdyby ich trafiono. Jak widać, nic tak nie potrafi rozwinąć wśród wielu kreatywności jak zabijanie…

(GLC przed pomnikiem upamiętniającym śmierć Stiaha – ówcześnie zdewastowany)

Poniżej link do galerii fotek z miejsca. Możemy tam popodziwiać owy pomnik, miejsce zdarzeń które opisałem, wejście do bunkra. Z tym że z czasem zmienia się to miejsce drastycznie. Jeszcze dwa lata temu gdy byłem tam na miejscu, tablica pamiątkowa była w całości, dziś już tak nie jest, wtedy jeszcze widziałem u wejścia do owego bunkra charakterystyczne obicia blaszane, dziś chyba ktoś je wydarł. Jak trafić do bunkra Stiaha? Nie jest to w zasadzie łatwe, dobra mapa bardzo pomoże, jeżeli żołnierze nie mogli go znaleźć, wam się też to łatwo nie uda 😉 Wskazówkami pomocnymi są: jest to w zasadzie wysoko, tam już jest coś w rodzaju równiny, sam bunkier jest teraz niemal tuż przy drodze, ale krzaki mogą go zasłonić, trzeba wysilić wzrok.

Opracowanie GLC

Rozmowy o przeszłości – Świdnica

Artykuł ten ukazał się parę lat temu w „Kresowiaku Galicyjskim”, żeby historia tej wioski, czy jej szczątki, jeszcze bardziej była propagowana, wrzucamy ją do sieci. Ponieważ artykuł ten to dzieło GLC, to na stronie OR-BAD właśnie się ukazuje:)

 *

Śmiało można powiedzieć, że nawet mieszkańcy Horyńca nie znają Świdnicy. Tym bardziej nikt nic nie wie o niej spoza tego regionu, bowiem praktycznie w żadnym przewodniku nie ma nic o tej wiosce. Po rozmowach z Panem Bronisławem Szuprem, postanowiłem w oparciu o jego wspomnienia, napisać artykuł na temat „materialnych świadków historii”. Dodatkowo wydobyć na światło dzienne trochę szczegółów z życia codziennego tej wioski.

fot kapl

Materialne ślady historii

Tuż po wojnie, mieszkańcy Świdnicy postanowili wybudować kapliczkę, w intencji ocalenia od wojennej zawieruchy. Widnieje na niej napis: Królowo Korony Polski módl się za nami. Bardzo ciekawe są okoliczności powstania tej kapliczki. Ponieważ nie było budulca, postanowiono go pozyskać z ruin Horynieckich willi. Północna strona Horyńca, gdzie obecnie mamy dzielnicę uzdrowiskową, nazywana była Niwą. Tutaj stały dwie wille, jedna pod lasem, nazywana Białą, ze względu na ściany zbudowane z białej cegły. Druga, stała w okolicy sanatorium CRR KRUS. Była ona mniejsza od tej pod lasem i zbudowana z czerwonej cegły, stąd nazywana potocznie Czerwoną Willą. Ponieważ były to wille żydowskie, po wojnie nie miały właścicieli i miejscowi zaczęli je po nocach rozbierać. Z tego rumowiska pozyskano cegłę na kapliczkę w Świdnicy.

Wystawiona kapliczka stoi do dziś i odprawiano przy niej majówki po 1947 roku. Prezentuje ona typ kapliczki murowanej z wnęką. Wiąże się z nią ciekawa opowieść. Przed majówką, pod koniec lat pięćdziesiątych, ludzie maili kapliczkę, sadzili kwiatki, przystrajali. Jedna z miejscowych kobiet, postanowiła oddać swój welon i przybrała nim figurę Maryi, która stała we wnęce. Niedługo po tym, nastała burza i akurat strzelił piorun w kapliczkę. Miejscowi po burzy zobaczyli dość dziwny widok. Podwinięty blaszany daszek po piorunie, lekkie ślady osmalenia i brak welonu, który spalił się po uderzeniu. Figurka i kapliczka przetrwała bez szwanku. Uznano to za szczególny znak.

Wcześniej, kilkanaście metrów od drogi, stoi kamienny krzyż, przy nim odprawiano czerwcówkę. Nie w każdej wiosce odprawiana była czerwcówka, bardziej skupiano się na majówkach. Dla tej wioski, czerwcówki były znakiem rozpoznawczym. Prawdopodobnie w tym miejscu kiedyś pochowano 14 ludzi. Być może z okresu pierwszej wojny światowej, albo wcześniej. Sam krzyż nie jest zbyt duży. Usytuowany kilkanaście metrów od drogi, często jest niezauważany. Spowodowane jest to tym, że dawniej droga prowadziła właśnie za tymi zabudowaniami i krzyż oraz kapliczka stała przy drodze. Dziś, droga została wyprostowana, stąd krzyż powoli traci na znaczeniu i zanika w zaroślach.

Także naprzeciw tartaku stał kamienny krzyż. Niestety został rozbity i na jego miejscu postawiono krzyż metalowy. Napisy miał po Ukraińsku, był niski i masywny. W okolicy tego krzyża, po wojnie, miało miejsce dość drastyczne wydarzenie. Gdy Ukraińców już wywieźli, po lasach ukrywali się pojedynczy banderowcy. Gdy już nie było Ukraińców, cierpieli głód i niemal polowano na nich. Jeden z takich już poobdzieranych banderowców, szedł drogą, obok tego krzyża i tam go zastrzelili. Za jakiś czas, być może w akcie odwetu, niewiadomy sprawca zaczął strzelać do Świdniczan. Trafił dwóch, jeden umarł, drugiego miejscowy felczer uratował. W miejscu gdzie trafiono ludzi i krew wsiąkła w ziemię, miała potem rosnąć bujniejsza trawa.

Chyba najciekawszym miejscem, z którym związane są miejscowe opowieści, jest okolica między Świdnicą a Puchaczami, gdzie stoi kamienny krzyż. Parę lat temu „ziemia chciała go zjeść”, ale Pan Leon Ważny, z ekipą GERP, odrestaurowali ten dość niezwykły krzyż. Miejscowi mówią, że w okolicy tego krzyża zawsze straszyło. Ludzie widywali tam jakieś łuny, iskierki, a samo miejsce napawało lękiem. Z miejscem tym, wiąże się historia nieszczęśliwej miłości. Tuż przed drugą wojną, przy tym krzyżu spotkała się dziewczyna z chłopakiem, nie mogli się pobrać, bo miał on być za biedny i nie dopuszczano do tego małżeństwa. Dziewczyna była w ciąży, ale on o tym nie wiedział. Wtedy podczas tego spotkania chłopak postanowił zabić swoją ukochaną. Od tego czasu w tym miejscu miało straszyć i może straszy do dziś…

Niematerialne ślady

Te krzyże i kapliczka, to dziś jedyne obiekty, które są świadkami historii tej małej społeczności. Gdy spojrzymy na tę wioskę z boku, wydaje się ona anonimowa. Tymczasem dla jej mieszkańców, każdy kawałek wioski nosił jakąś nazwę. Takie miejsca nosiły nazwy albo od gospodarzy, którzy tam mieszkali, na przykład Romanówka, albo bardziej orientacyjnie: Koniec (okolica przystanku), Druga Strona (okolica przed tartakiem), Górka, Pod Lasem (mieszkał tam kowal, obecnie agroturystykę mają tam państwo Wiśniewscy), Mazury, Kruszyna. Ciekawym miejscem jest okolica, gdzie rośnie okazały dąb, który jest zabytkiem przyrody. To miejsce zamieszkiwał „bogacz”. Tak na wioskach nazywano ludzi, którzy mieli najwięcej pola. Miał on głęboką studnię murowaną z kamienia, co było dużą rzadkością, gdyż trudno taką zrobić. Dawno, każdy miał studnię, większość miała na kołowrót, ale było kilku gospodarzy, którzy mieli na żurawia. Domy ludzie mieli z drewna, kryte strzechą, a płoty z patyków plecionych. Ten krótki opis, daje nam obraz przedwojennej i powojennej Świdnicy.

To jak wyglądało wnętrze chaty, zależało od zamożności gospodarza. Na przykładzie jednego z domostw. W środku było boisko, czyli posadzka z gliny duży piec i pod spodem była krupka, czyli mała piwniczka, która mieściła cztery worki ziemniaków. Na piecu mogło spać kilka osób, obok był tak zwany przypiecek, stała tam ławka. W zależności od zamożności rodziny, był też bambetel, czyli uniwersalny mebel, który w nocy służył za łóżko, a w dzień można było na nim siedzieć. Mógł być prosty, albo zdobiony. Podłoga była zrobiona z gliny wymieszanej z sieczką, natomiast piec, który był murowany z kamienia, był tynkowany gliną wymieszaną z plewami. Komin był duży, że można było w nim wędzić. Chałupa zazwyczaj składała się z części mieszkalnej, sieni, gdzie trzymano zborze, czy przebywały nawet kury i z sieni od razu wchodziło się do stajni. Tego typu domy charakteryzowały się tym, że z mieszkania wychodziło się przez sień, a także krowy ze stajni przez nią wychodziły. Do dziś taki dom przetrwał na Świdnicy! Tylko zamiast strzechy, ma dachówkę.

Wnętrze chaty malowano wapnem. Do malowania służyła prosianka, czyli robiony z prosa pędzel wiązany sznurkiem, pleciony na przykład z lnu. Można sobie teraz wyobrazić zapach, jaki panował w takim domu. Mieszanka wapna, suchej gliny wymieszanej z plewami, słomy z dachu i palonego codziennie drewna. Rozchodziły się zapachy świeżego mleka, pieczonego chleba, wędzonej kiełbasy…

Jedną z ciekawych wiejskich akcji, była na przykład walka z tchórzem. Jak zadomowił się w jakiejś wiosce, to dusił kury, czy też wypijał jajka. Wtedy szukano gospodarstwa, gdzie kury nie były duszone. Bo tchórz tam gdzie się osiedli, to kur nie rusza. Gdy dowiedziano się, w którym to było miejscu, zaczęto go szukać. Zazwyczaj wchodził on gdzieś pod fundamenty. Rozkopywano podejrzane miejsca i jak został odkryty, to bito go pałami, aż został zatłuczony.

Wioski zazwyczaj były sytuowane przy strumieniach i źródłach. Woda była bardzo cenna, gdyż służyła miejscowym do wielu ważnych prac. Szczególnie do prania, garbowania skór, moczenia lnu czy konopi. W lecie robiono zastawki na strumieniach i kąpano się w nich. Robiono też stawy do hodowli ryb. Szczególnie dzieci i starsi ludzie zajmowali się pasieniem krów. Ich zadaniem było pilnowanie krowy, by nie poszła w szkodę i prowadzenie jej do odpowiednich miejsc na popas. Właśnie podczas pasienia krów dzieci słuchały opowieści starszych ludzi o wojnie, o niezwykłych wydarzeniach, czy też o takich zwykłych obyczajowych, które miały zabić czas.

Rzeczywistość, która nie wróci

My, dziś nie mamy prawie żadnej możliwości, poznać starszych ludzi i posłuchać ich opowieści o lokalnej przeszłości i wydarzeniach. Przez to nie poznajemy losów miejscowych mieszkańców i coraz bardziej się alienujemy. Zamykamy się w naszych ciepłych domkach, gdzie mamy wszystko, czego potrzeba nam do przeżycia. Jeżeli czegoś zabraknie, to nie idziemy już do sąsiada, tylko do sklepu. Warto uzmysłowić sobie przez to atmosferę w naszym domu. Kiedyś tworzyły ją takie zapachy jak rozgrzana glina z pieca i zapach świeżego chleba. Dziś chleb nie ma zapachu! Zamiast gliny z podłogi, z pieca i wapna ze ścian, pomieszanych z drewnem, mamy chemiczną farbę, meble ze sklejki śmierdzące klejem i zapach przegrzanych elektronicznych urządzeń. Ktoś, kto mówi, że kiedyś było lepiej, że ludzie byli inni, ma rację, bowiem żyli w innej atmosferze. Kreowała ją błotnista droga, na której doznać wypadku można było wtedy, gdy się samemu spadło z wozu pod koło. Kreował ją też smak wody ze studni i owoców z lasu, pachnących jabłek, oraz chleb ze smalcem. Komputer zastępowały spotkania towarzyskie i rozmowy z sąsiadami, zaczynające się od słów pozdrowienia „Szczęść Boże”. Religijność była chwilą odpoczynku od codzienności, chwilą zastanowienia się nad sobą. Nabożeństwa natomiast, czymś w rodzaju zaklęć i pozytywnego myślenia, odganiającego tak wszechobecną dziś depresję i negatywne myślenie. Pokładanie nadziei w sile wyższej i odnajdywanie w przyrodzie znaków, że jest i czuwa, choćby uderzając piorunem w kapliczkę, nadaje życiu sens. Natomiast atmosfera starego domu, dzikiej przyrody wokół, naturalny rytm czasu, nadaje całkowicie inny smak naszemu życiu. Ile tego mamy w swoim otoczeniu dzisiaj?

Kopce Graniczne nieopodal Niwek Horynieckich

Wybierzemy się w podróż po historii, która pozwoli nam odkryć nowe ciekawe aspekty Roztocza Horynieckiego.  Kopce Graniczne o których mowa w tytule, są takim rarytasem, które z jednej strony są tylko kopami piasku, tworzonymi na liniach granicy, ale mają też znamiona tajemniczości.

Teren nas interesujący zaczyna być zasiedlany dopiero w 1444 roku, do tej pory mamy jedną wielką czarną dziurę zarośniętą puszczą, pokrytą bagnami. Jest tutaj jednak pewien ślad po człowieku, to granica ziemska i powiatowa, trudno powiedzieć, z kiedy pochodzi. Próbując gdzieś tę granicę umiejscowić, ówcześni musieli ją jakoś wyznaczyć, używając do niej odpowiedniego ukształtowania terenu i modnych wtedy oznaczeń granicznych. Ponieważ możemy znaleźć ślady w terenie granicy powiatu rawskiego i lubaczowskiego, pozwala nam to domniemać, że istniała ona od dawna.

Naturalne ukształtowanie terenu zawsze pozwala wyznaczyć najdokładniej granice. Takim idealnym wyznacznikiem granicy będzie najwyższe wzniesienie w okolicy Niwek Horynieckich, na którym co ciekawe mamy Świątynię Słońca. Właśnie tutaj przetrwały chyba najbardziej charakterystyczne oznaczenia graniczne, jakie istniały w dawnej Rzeczpospolitej, są nimi Kopce Graniczne.

Posiłkując się tekstem z TEGO źródła przytoczę wymowę owych kopców:

Kopce graniczne sypane zwyczajowo w czasach średniowiecza od końca XIV wieku aż do XVIII – dla rozgraniczenia dóbr ziemskich zachowały się jeszcze w wielu miejscach i noszą dawne nazwy.
Kopce węgłowe (albo narożne) sypano w miejscu zejścia się trzech granic, kopce ścienne – po jednej stronie linii granicznej, a kopce stróżowe (zwane stróżami) – w środku miedz granicznych. Do ich wierzchołka wkładano pojemniki z ziarnem i kartkami, na których zapisana była data i nazwy wsi granicznych, a na wierchu układano kamienie, szkło lub znak z metalu.

Kopce w okolicy Niwek są bardzo ciekawe z wielu powodów, nie tylko historycznych, bowiem z przytoczonego tekstu możemy wnioskować, że mogą one maksymalnie pochodzić aż z XIV wieku, czyli nawet czasów tak zwanego księstwa przemyskiego, do którego wtedy należała ziemia lubaczowska. W książce z 1939 roku: „Podział administracyjny województwa Ruskiego i Bełzkiego”, możemy wyczytać coś takiego:

Powiat lubaczowski był najpierw częścią księstwa przemyskiego w XIII wieku, potem oddzielnym powiatem 1377, a w końcu (1388) wszedł w skład ziemi bełzkiej.

Oznacza to, że ziemia lubaczowska, która miała praktycznie do II Wojny Światowej swą granicę między Nowinami Horynieckimi a Niwkami Horynieckimi, musiała być odpowiednio oznaczona. Wygląda na to, że pod pewnymi względami, do dziś zachowało się nam bardzo stare oznaczenie graniczne w postaci kopców. Mamy na tym terenie dwa potrójne kopce, które kiedyś oddzielały księstwo przemyskie od innych księstw ruskich. Potem powiat lubaczowski od powiatu bełskiego, a następnie rawskiego (jeżeli była to granica ziemska, to właściciel zaznaczył ją tylko dlatego, że była to jednocześnie granica administracyjna powiatów, być może był do tego zobligowany?).

Przyjrzyjmy się tym kopcom. Ciekawostką jest to, że oba wyglądają identycznie z jednym szczegółem wyróżniającym. Oba potrójne kopce mają ponad dwa metry wysokości, są okopane czymś w rodzaju fosy. Kopce bliżej Świątyni Słońca są w opłakanym stanie. Idioci bez kultury, domniemam że współcześni poszukiwacze skarbów, zrujnowali idealny ich kształt. Czy nawet wykopując dziurę w poszukiwaniu złomu, potem zakopanie jej jest takie trudne? Cechą charakterystyczną tych kopców jest to, że te bliżej Świątyni Słońca od północy, usytuowane nieopodal drogi przy zielonym szlaku, tam gdzie kończy się las, mamy trzeci mały kopiec od strony wschodu, natomiast druga grupa kopców ma ten mniejszy od zachodu.

Szkic przedstawiający rozmieszczenie jednej z grup kopców, ukazuje, że były one robione z bardzo dużą dokładnością i zamysłem. Kopce te wydają się być trochę zagadkowe, zwłaszcza, gdy porównamy ich idealne kształty z tymi potrójnymi kopcami w okolicy Gorajów. Tamte kopce, które mają trzy takie same kopy, nie do końca odpowiadają jakimś granicom administracyjnym, gdy porówna się je do tych „Na Niwie”. Odpowiedzią tutaj może być przeznaczenie takich kopców, które częściej służyło do wyznaczania granic ziemskich, czyli szczególnie dóbr właścicieli ziemskich.

Wiemy że od 1444 roku majątek Horyniecki, którego granica wschodnia jest jednocześnie granicą dawnego powiatu lubaczowskiego, miał po stronie bełskiej swojego właściciela. Ciekawostką jest coś takiego, że przed wojną taka wioska jak Niwki Horynieckie nie istniała. Najbliższe wioski w tych okolicach nosiły nazwy: Nesteraki, Szupry, Zaniemica, Lasowa – przy której był położony folwark nazywający się „Na Niwach”. Na Niwach jest więc „ojcem” Niwek. Niestety zabudowania folwarczne już nie istnieją, dziś możemy sobie tylko wyobrazić jak wyglądał taki folwark. Posiłkując się analogiczną miejscowością Niwki, ale na Białorusi, gdzie istniał przed wojną folwark, ale został zniszczony, dam zdjęcie przykładowego dworku folwarcznego, może wyglądał podobnie?

źródło: radzima.org

Całkiem poważnie można tutaj doszukiwać się granic majątków ziemskich, mających szczególne znaczenie, bowiem będących także granicą administracyjną powiatową. Warto tutaj jeszcze przytoczyć ciekawostkę od Kopalińskiego ze Słownika Mitów, który przytacza przysłowie (źródło):

Pamiętaj, chłopcze, że tu stały kopce i wyjaśnia, iż na procesjach wzdłuż granic i pól w dniu świętego Marka bito chłopców wiejskich na kopcach granicznych, aby całe życie pamiętali ich położenie. Rzecz bez wątpienia dotyczy czasów pańszczyzny, płaczu na granicy nikt już nie usłyszy, graniczne wzniesienia wessała ziemia, ocalało jedynie przysłowie.

Warto na koniec przytoczyć aspekt tajemniczości tych kopców, bowiem jak pisze Ryszard Kiersnowski w swoim opracowaniu na temat Znaków Granicznych, w czasach pogańskich, szczególnie na Pomorzu, stawiano mogiły na granicach. Stanowiły one potem linię graniczną. Ten stary pogański zwyczaj grzebalny idealnie wpasowuje się w mistykę Świątyni Słońca. Często miejsca, które były otoczone kultem, były też miejscami gdzie w okolicy chowano ludzi. O Świątyni Słońca mamy niewiele opowieści. Są tacy, którzy uważają, że kult pogański w tym miejscu to wymysł grupy ludzi, która chciała stworzyć atrakcję turystyczną. Ale znane są w Nowinach Horynieckich podania o tym, że jeszcze przed wojną byli ludzie, którzy interesowali się tym miejscem jako miejsca kultu. Być może gdyby nie wojna, do dziś ten kamienny kręg zachowałby się w lepszym stanie? W każdym bądź razie na pewno został zdekompletowany. Jednak na miejsce to nie należy patrzeć tylko pod kątem paru kamieni, ale też całego otoczenia. Ciekawym aspektem są właśnie owe kopce, które razem ze Świątynią Słońca tworzą prostą linię. Oczywiście powinno być ich więcej. Niekończenie tworzyły linię prostą, ale uwzględniając też naturalne elementy ukształtowania terenu, takie jak doliny, czy strumienie, zaginały linię graniczną. Wydaje się tu bardzo ciekawe to, że mamy granicę w okolicy Świątyni Słońca, zwłaszcza, że kopce graniczne znajdują się też przy Krągłym Goraju, który według lokalnych podań jest kurhanem. Miedzy Horyńcem a Radrużem na polach są dwa bardzo duże kopce (przez niektórych nazywane kurhanami), obecnie nieco rozorane, ale nadal mają typowo kopcowaty kształt. Tutaj w tej okolicy też biegła granica powiatów. Wygląda na to, że przy okazji tych kopców granicznych można dokopać się do wielu różnych ciekawostek. Temat oczywiście wymaga szczegółowych badań, niemniej jednak rysuje się tutaj ciekawy obszar do eksploracji. Śmiało można powiedzieć, że trasa dawnej granicy powiatów naszpikowana jest wieloma atrakcjami. Być może uda się kiedyś z tego zrobić szlak? Znaki Graniczne, jak pisał pan Kiersnowski, to nie tylko kopce czy naturalne ukształtowanie terenu. Często były to niezwykłe czy charakterystyczne drzewa, kopce z kamieni usypane wokół drzew, znaki ciosane na drzewach, drewniane czy stalowe słupy, wały albo rowy, krzyże czy figury. Do dziś można znaleźć niektóre tego typu znaki znaleźć.