or-bad

To debiut Kaskad Sopotu w "sieci" (nazywanych też wodospadami).  Do tej pory można było znaleźć tylko wzmianki o tym niesłychanie ciekawym obiekcie geoturystycznym. Wielu, nie udało się trafić do tej ...

wmb

Między Nowym Brusnem a Chotylubiem istniała wioska, nazywana Rudką (wcześniej Rudą Bruśnieńską). Obecnie jest tam tylko jedno gospodarstwo, 19 kwietnia 1944 roku w nocy napadły na wioskę oddziały UPA i ...

wuj

Klikając na powyższy obrazek, lub TUTAJ wejdziemy na fotogalerię. Zawiera ona zdjęcia z trasy Gorajec i Czartowe Pole w Hamerni. Między Gorajcem a Hamernią zaplątała się klamka z drzwi kościelnych, ...

Autor Grzegorz | 12 - Grudzień - 2015 |

Relacja z poszukiwań bunkra Stiaha, autorstwa Alfonsa Filara:

We wrześniu 1947 roku żołnierze KBW cały czas pilnowali lasu monastyrskiego, wokół niego często były na stałe zainstalowane gniazda ciężkich karabinów maszynowych. Dzięki informacjom od pojmanych upowców, dowiedziano się, że właśnie tam w swoim bunkrze dowódczym „Belweder” rezydował Stiah – czyli Jarosław Staruch, dowódca OUN na „Zakierzonie”. Miał być dobrze chroniony przez Ukraińską Służbę Bezpieczeństwa, w kwaterze dobrze zamaskowanej, w specjalnie uzgadnianych miejscach spotykał się on z łącznikami, którzy roznosili meldunki do podległych mu oddziałów. Meldunki szły też na teren ZSRR, do centrali, które przenosili przez granicę łącznicy. Łącznik, żeby być niezauważony, przechodził przez granicę w specjalnych miejscach. By nie zostawić po sobie śladów, przymocowywał do butów i do rąk odpowiednio zmontowane kopyta dzika, i tak na czworakach przechodził granicę. Centrala UPA była we Lwowie, łącznik posługiwał się podrobionymi dokumentami, które otrzymywał nieopodal granicy od współpracujących upowców. Takich kurierów Stiah miał czterech, dwóch z nich zginęło jesienią 1946 roku i potem dwóch KBW ujęło w Bruśnie Starym, to dzięki nim teraz trafiono na ślad głównego dowódcy nacjonalistów ukraińskich w Polsce. Na podstawie zeznań jednego z łączników sporządzono plany operacyjne w lasach monastyrskich. Przeszukiwano metr po metrze każdy kawałek lasu, ale długo na nic nie trafiono.

16 września 1947 roku rozpoczęto kolejny dzień poszukiwań. Utworzono długą na 500 metrów tyralierę i przeszukiwano las. Po jakimś czasie współpracujący z KBW łącznik, będący na miejscu dostrzegł wąski pasek nieświeżej trawy. Zaczął ją podnosić i okazało się, że zakrywa ona ścieżkę. Szybko obstawiono wokół to miejsce i zaczęto odrzucać trawę ukrywającą dróżkę. Po 30 metrach trafiono na jałowiec, wyrwano go bez problemów i pokazała się drewniana pokrywa. Po jej odsłonięciu ukazał się otwór w ziemi. Postawiono nad nim żołnierza z automatem i zaczęto odrywać inne krzewy w okolicy, udało się w ten sposób natrafić na dwa kolejne wejścia. Całą okolicę obstawiono wojskiem, 80 żołnierzy z bronią maszynową zajęło stanowiska, będąc gotowymi do strzału. Według łącznika, jeżeli to kwatera Stiaha, to nie było tam więcej niż 10 partyzantów do ochrony, ale na pewno okolica była

Staruch_Jaroslaw

„Stiah”

zaminowana. Postanowiono wykorzystać łącznika i spróbować namówić będących w bunkrze do wyjścia, chciano ująć ich żywcem. Łącznik podszedł do bunkra i powiedział, że ucieka przed wojskiem, które otoczyło okolicę i żeby uciec, muszą teraz wyjść. Niestety w odpowiedzi usłyszał, że już wiedzą, że ich zdradził i nie dadzą się żywcem ująć. To potwierdziło, że mają do czynienia z bunkrem „krajowego prowidnyka”. Natychmiast sporządzono meldunek i polecono wysłać go za pośrednictwem Rzeszowa do Warszawy, że wykryto bunkier „Stiaha” – krajowego prowidnyka OUN.

Postanowiono pertraktować z załogą Stiaha, wysłano do bunkra znów łącznika, ale gdy się do niego zbliżył, jeden z upowców wystawił lufę karabinu z otworu i zaczął strzelać na oślep. Po chwili strzały ustały. Wysłano wtedy dwóch żołnierzy, by przeczołgali się do otworu i rzucili kilka rakiet dymnych, po czym mieli zakryć pokrywę. Jeden z żołnierzy zaczął strzelać w kierunku otworu dla osłony i po chwili drugi podczołgał się szybko strzelając rakietami do środka, po czym zaciągnięto pokrywę. Potem żołnierze podczołgali się do dwóch kolejnych otworów i tam też strzelono rakietami dymnymi, zasłaniając pokrywy. Następnie szybko wycofali się za pagórek, gdzie przebywał major Puteczny. Ponieważ spodziewano się min, posłano po saperów. W międzyczasie w okolicy nastąpiła potężna detonacja, tak duża, że wyrzuciła w powietrze duże drzewo, które spadło z hukiem na ziemię. Wycofano się dalej i czekano na rozwój sytuacji. Po godzinie przybyli saperzy z wykrywaczami. Przeszukali teren i znaleźli w okolicy bunkra trzy pociski artyleryjskie płytko pod ziemią, połączone przewodami. Obcęgami przecięli je. Po chwili spod ziemi dało się usłyszeć pojedyncze strzały, to banderowcy kończyli ze sobą. Przeczekano około pół godziny, zaczęło się ściemniać, po czym znów do każdego otworu strzelono rakietę dymną. Nadal było cicho. Zapadł już zmierzch. Postanowiono obstawić teren, tymczasem dowódcy pojechali do sztabu w Werchracie. Tam sporządzono meldunki i przesłano do władz centralnych.

Koło szóstej rano dowódca wrócił na miejsce i zameldowano mu, że całą noc było cicho. Gdy odsłonięto pokrywy, z otworów zaczęły wydobywać się płomienie. Banderowcy oblali bunkier materiałem łatwopalnym i podpalili. Polecono wrzucić ładunki wybuchowe saperom, w celu zagłuszenia ognia, niestety nie udało się, ziemia wyleciała w powietrze odsłaniając kolejne dziury, z których wydobywał się ogień. Szybko zaczęto je zakopywać. Ustalono miejsce, gdzie powinien być bunkier między trzema wejściami i zaczęto tam kopać. W końcu dokopano się do sufitu bunkra, spalone belki zapadły się do środka i buchnął ogień. Przywieziono beczkę z wodą i zagaszono ogień. Była wtedy 11 przed południem. Wtedy też pojawił się jakiś pułkownik z porucznikiem z Warszawy, mając nadzieję, że ujmą żywcem Stiaha.

Po ugaszeniu ognia, gdy dostano się do środka, okazało się, że było w środku tylko trzech banderowców. Dwóch z nich miało postrzały w tył głowy, trzeci z nich, który był rozpoznany jako Stiah, siedział skulony na pryczy w rogu z pistoletem w ręce. Sekcja zwłok pokazała później że się otruł.

Z bunkra udało się wyciągnąć sporo dokumentów, które nie spłonęły, mapy sztabowe, kilkanaście sztuk broni, amunicję, a także dużo waluty: dolary, marki niemieckie, franki, ruble korony czeskie, polskie złote. Były też dwa aparaty fotograficzne, po zinwentaryzowaniu wszystko to zabrano do sztabu.

Tak operację znalezienia Stiaha opisywał Alfons Filar. Wiadomo, że ze względów na realia PRLu nie wszystkie informacje zostały ujawnione. Sam Filar pisze o ujęciu Stiaha: nasza grupa unieszkodliwiła największego watahę, OUN-owca, który niejedną zbrodnię miał na sumieniu.

Z nieoficjalnych źródeł można się dowiedzieć, że bunkier nie był tak ubogo urządzony jak opisywano. Miały tam być w okolicy inne bunkry, będące składem broni i amunicji. Stiah posiadał też duży skarbiec nie tylko z walutą ale i różnorodnymi kosztownościami na przykład w złocie. Żołnierze po wyjściu z bunkra byli bardzo dokładnie przeszukiwani, bo obawiano się, że sobie coś wezmą. Funkcjonuje też podanie, że Stiah zdołał w nocy uciec innym zapasowym wyjściem. Ciekawe są też opowieści, że w bunkrze jeden z upowców przeżył i został zabrany, nie wiemy co zdążył powiedzieć, bo miał umrzeć po kilku godzinach. Na pewno bardzo dokładne informacje na temat operacji związanej z bunkrem Stiaha były przechowywane w archiwach wojskowych i milicyjnych. Zapewne są gdzieś dostępne. Czekamy na opracowanie tematu przez historyków!

(góra monastyr z ruinami klasztoru, tam mogiła upamiętniająca „bohaterów” UPA)

Nie dziwi fakt, że Ukraińcy do dziś stawiają pomniki swoim „bohaterom”, dla nich to była śmierć godna i bohaterska, bo nie wydał swoich. Ten pomnik na bunkrze Stiaha jest sukcesywnie niszczony przez „nieznanych sprawców”, a ten na wzgórzu Monasterskim jeszcze bardziej zaciekle rozbijany, a przez Ukraińców odnawiany. Polegli w tych lasach to byli wysocy rangą osobnicy dla niektórych Ukraińców, walczący o odzyskanie ziem aż do Sanu.

Tutaj jeszcze dodam ciekawostkę. Otóż Polscy żołnierze przeszukując tereny Monasterskich lasów mieli bardzo ciężką przeprawę, Ukraińcy wykazywali się niesamowitą pomysłowością partyzancką. Nie dość że ich schrony znajdywały się pod ziemią w terenie górskim czy pagórkowatym, to ich wejścia były tak sprytnie zamaskowane, że często nie było możliwości ich znaleźć. Zazwyczaj pod krzakami, pod pniakami, znajdywało się wejście do jakiegoś tunelu i podziemnej komory. Nagle wyskakujący znikąd ludzie i strzelający w plecy, czy jeszcze przebieglejsze sztuczki typu przywiązani sznurem do drzew wysoko w konarach bojówkarze strzelali do żołnierzy jak do kaczek w plecy gdy ich minęli. Przywiązywali się dlatego by nie spaść gdyby ich trafiono. Jak widać, nic tak nie potrafi rozwinąć wśród wielu kreatywności jak zabijanie…

(GLC przed pomnikiem upamiętniającym śmierć Stiaha – ówcześnie zdewastowany)

Poniżej link do galerii fotek z miejsca. Możemy tam popodziwiać owy pomnik, miejsce zdarzeń które opisałem, wejście do bunkra. Z tym że z czasem zmienia się to miejsce drastycznie. Jeszcze dwa lata temu gdy byłem tam na miejscu, tablica pamiątkowa była w całości, dziś już tak nie jest, wtedy jeszcze widziałem u wejścia do owego bunkra charakterystyczne obicia blaszane, dziś chyba ktoś je wydarł… sami zobaczcie:

GALERIA „BUNKIER STIAHA”

Jak trafić do bunkra Stiaha? Nie jest to w zasadzie łatwe, dobra mapa bardzo pomoże, jeżeli żołnierze nie mogli go znaleźć, wam się też to łatwo nie uda 😉 Wskazówkami pomocnymi są: jest to w zasadzie wysoko, tam już jest coś w rodzaju równiny, sam bunkier jest teraz niemal tuż przy drodze, ale krzaki mogą go zasłonić, trzeba wysilić wzrok.

Opracowanie GLC

Autor Grzegorz | 18 - Luty - 2015 |

Artykuł ten ukazał się parę lat temu w „Kresowiaku Galicyjskim”, żeby historia tej wioski, czy jej szczątki, jeszcze bardziej była propagowana, wrzucamy ją do sieci. Ponieważ artykuł ten to dzieło GLC, to na stronie OR-BAD właśnie się ukazuje:)

 *

Śmiało można powiedzieć, że nawet mieszkańcy Horyńca nie znają Świdnicy. Tym bardziej nikt nic nie wie o niej spoza tego regionu, bowiem praktycznie w żadnym przewodniku nie ma nic o tej wiosce. Po rozmowach z Panem Bronisławem Szuprem, postanowiłem w oparciu o jego wspomnienia, napisać artykuł na temat „materialnych świadków historii”. Dodatkowo wydobyć na światło dzienne trochę szczegółów z życia codziennego tej wioski.

fot kapl

Materialne ślady historii

Tuż po wojnie, mieszkańcy Świdnicy postanowili wybudować kapliczkę, w intencji ocalenia od wojennej zawieruchy. Widnieje na niej napis: Królowo Korony Polski módl się za nami. Bardzo ciekawe są okoliczności powstania tej kapliczki. Ponieważ nie było budulca, postanowiono go pozyskać z ruin Horynieckich willi. Północna strona Horyńca, gdzie obecnie mamy dzielnicę uzdrowiskową, nazywana była Niwą. Tutaj stały dwie wille, jedna pod lasem, nazywana Białą, ze względu na ściany zbudowane z białej cegły. Druga, stała w okolicy sanatorium CRR KRUS. Była ona mniejsza od tej pod lasem i zbudowana z czerwonej cegły, stąd nazywana potocznie Czerwoną Willą. Ponieważ były to wille żydowskie, po wojnie nie miały właścicieli i miejscowi zaczęli je po nocach rozbierać. Z tego rumowiska pozyskano cegłę na kapliczkę w Świdnicy.

Wystawiona kapliczka stoi do dziś i odprawiano przy niej majówki po 1947 roku. Prezentuje ona typ kapliczki murowanej z wnęką. Wiąże się z nią ciekawa opowieść. Przed majówką, pod koniec lat pięćdziesiątych, ludzie maili kapliczkę, sadzili kwiatki, przystrajali. Jedna z miejscowych kobiet, postanowiła oddać swój welon i przybrała nim figurę Maryi, która stała we wnęce. Niedługo po tym, nastała burza i akurat strzelił piorun w kapliczkę. Miejscowi po burzy zobaczyli dość dziwny widok. Podwinięty blaszany daszek po piorunie, lekkie ślady osmalenia i brak welonu, który spalił się po uderzeniu. Figurka i kapliczka przetrwała bez szwanku. Uznano to za szczególny znak.

Wcześniej, kilkanaście metrów od drogi, stoi kamienny krzyż, przy nim odprawiano czerwcówkę. Nie w każdej wiosce odprawiana była czerwcówka, bardziej skupiano się na majówkach. Dla tej wioski, czerwcówki były znakiem rozpoznawczym. Prawdopodobnie w tym miejscu kiedyś pochowano 14 ludzi. Być może z okresu pierwszej wojny światowej, albo wcześniej. Sam krzyż nie jest zbyt duży. Usytuowany kilkanaście metrów od drogi, często jest niezauważany. Spowodowane jest to tym, że dawniej droga prowadziła właśnie za tymi zabudowaniami i krzyż oraz kapliczka stała przy drodze. Dziś, droga została wyprostowana, stąd krzyż powoli traci na znaczeniu i zanika w zaroślach.

Także naprzeciw tartaku stał kamienny krzyż. Niestety został rozbity i na jego miejscu postawiono krzyż metalowy. Napisy miał po Ukraińsku, był niski i masywny. W okolicy tego krzyża, po wojnie, miało miejsce dość drastyczne wydarzenie. Gdy Ukraińców już wywieźli, po lasach ukrywali się pojedynczy banderowcy. Gdy już nie było Ukraińców, cierpieli głód i niemal polowano na nich. Jeden z takich już poobdzieranych banderowców, szedł drogą, obok tego krzyża i tam go zastrzelili. Za jakiś czas, być może w akcie odwetu, niewiadomy sprawca zaczął strzelać do Świdniczan. Trafił dwóch, jeden umarł, drugiego miejscowy felczer uratował. W miejscu gdzie trafiono ludzi i krew wsiąkła w ziemię, miała potem rosnąć bujniejsza trawa.

Chyba najciekawszym miejscem, z którym związane są miejscowe opowieści, jest okolica między Świdnicą a Puchaczami, gdzie stoi kamienny krzyż. Parę lat temu „ziemia chciała go zjeść”, ale Pan Leon Ważny, z ekipą GERP, odrestaurowali ten dość niezwykły krzyż. Miejscowi mówią, że w okolicy tego krzyża zawsze straszyło. Ludzie widywali tam jakieś łuny, iskierki, a samo miejsce napawało lękiem. Z miejscem tym, wiąże się historia nieszczęśliwej miłości. Tuż przed drugą wojną, przy tym krzyżu spotkała się dziewczyna z chłopakiem, nie mogli się pobrać, bo miał on być za biedny i nie dopuszczano do tego małżeństwa. Dziewczyna była w ciąży, ale on o tym nie wiedział. Wtedy podczas tego spotkania chłopak postanowił zabić swoją ukochaną. Od tego czasu w tym miejscu miało straszyć i może straszy do dziś…

Niematerialne ślady

Te krzyże i kapliczka, to dziś jedyne obiekty, które są świadkami historii tej małej społeczności. Gdy spojrzymy na tę wioskę z boku, wydaje się ona anonimowa. Tymczasem dla jej mieszkańców, każdy kawałek wioski nosił jakąś nazwę. Takie miejsca nosiły nazwy albo od gospodarzy, którzy tam mieszkali, na przykład Romanówka, albo bardziej orientacyjnie: Koniec (okolica przystanku), Druga Strona (okolica przed tartakiem), Górka, Pod Lasem (mieszkał tam kowal, obecnie agroturystykę mają tam państwo Wiśniewscy), Mazury, Kruszyna. Ciekawym miejscem jest okolica, gdzie rośnie okazały dąb, który jest zabytkiem przyrody. To miejsce zamieszkiwał „bogacz”. Tak na wioskach nazywano ludzi, którzy mieli najwięcej pola. Miał on głęboką studnię murowaną z kamienia, co było dużą rzadkością, gdyż trudno taką zrobić. Dawno, każdy miał studnię, większość miała na kołowrót, ale było kilku gospodarzy, którzy mieli na żurawia. Domy ludzie mieli z drewna, kryte strzechą, a płoty z patyków plecionych. Ten krótki opis, daje nam obraz przedwojennej i powojennej Świdnicy.

To jak wyglądało wnętrze chaty, zależało od zamożności gospodarza. Na przykładzie jednego z domostw. W środku było boisko, czyli posadzka z gliny duży piec i pod spodem była krupka, czyli mała piwniczka, która mieściła cztery worki ziemniaków. Na piecu mogło spać kilka osób, obok był tak zwany przypiecek, stała tam ławka. W zależności od zamożności rodziny, był też bambetel, czyli uniwersalny mebel, który w nocy służył za łóżko, a w dzień można było na nim siedzieć. Mógł być prosty, albo zdobiony. Podłoga była zrobiona z gliny wymieszanej z sieczką, natomiast piec, który był murowany z kamienia, był tynkowany gliną wymieszaną z plewami. Komin był duży, że można było w nim wędzić. Chałupa zazwyczaj składała się z części mieszkalnej, sieni, gdzie trzymano zborze, czy przebywały nawet kury i z sieni od razu wchodziło się do stajni. Tego typu domy charakteryzowały się tym, że z mieszkania wychodziło się przez sień, a także krowy ze stajni przez nią wychodziły. Do dziś taki dom przetrwał na Świdnicy! Tylko zamiast strzechy, ma dachówkę.

Wnętrze chaty malowano wapnem. Do malowania służyła prosianka, czyli robiony z prosa pędzel wiązany sznurkiem, pleciony na przykład z lnu. Można sobie teraz wyobrazić zapach, jaki panował w takim domu. Mieszanka wapna, suchej gliny wymieszanej z plewami, słomy z dachu i palonego codziennie drewna. Rozchodziły się zapachy świeżego mleka, pieczonego chleba, wędzonej kiełbasy…

Jedną z ciekawych wiejskich akcji, była na przykład walka z tchórzem. Jak zadomowił się w jakiejś wiosce, to dusił kury, czy też wypijał jajka. Wtedy szukano gospodarstwa, gdzie kury nie były duszone. Bo tchórz tam gdzie się osiedli, to kur nie rusza. Gdy dowiedziano się, w którym to było miejscu, zaczęto go szukać. Zazwyczaj wchodził on gdzieś pod fundamenty. Rozkopywano podejrzane miejsca i jak został odkryty, to bito go pałami, aż został zatłuczony.

Wioski zazwyczaj były sytuowane przy strumieniach i źródłach. Woda była bardzo cenna, gdyż służyła miejscowym do wielu ważnych prac. Szczególnie do prania, garbowania skór, moczenia lnu czy konopi. W lecie robiono zastawki na strumieniach i kąpano się w nich. Robiono też stawy do hodowli ryb. Szczególnie dzieci i starsi ludzie zajmowali się pasieniem krów. Ich zadaniem było pilnowanie krowy, by nie poszła w szkodę i prowadzenie jej do odpowiednich miejsc na popas. Właśnie podczas pasienia krów dzieci słuchały opowieści starszych ludzi o wojnie, o niezwykłych wydarzeniach, czy też o takich zwykłych obyczajowych, które miały zabić czas.

Rzeczywistość, która nie wróci

My, dziś nie mamy prawie żadnej możliwości, poznać starszych ludzi i posłuchać ich opowieści o lokalnej przeszłości i wydarzeniach. Przez to nie poznajemy losów miejscowych mieszkańców i coraz bardziej się alienujemy. Zamykamy się w naszych ciepłych domkach, gdzie mamy wszystko, czego potrzeba nam do przeżycia. Jeżeli czegoś zabraknie, to nie idziemy już do sąsiada, tylko do sklepu. Warto uzmysłowić sobie przez to atmosferę w naszym domu. Kiedyś tworzyły ją takie zapachy jak rozgrzana glina z pieca i zapach świeżego chleba. Dziś chleb nie ma zapachu! Zamiast gliny z podłogi, z pieca i wapna ze ścian, pomieszanych z drewnem, mamy chemiczną farbę, meble ze sklejki śmierdzące klejem i zapach przegrzanych elektronicznych urządzeń. Ktoś, kto mówi, że kiedyś było lepiej, że ludzie byli inni, ma rację, bowiem żyli w innej atmosferze. Kreowała ją błotnista droga, na której doznać wypadku można było wtedy, gdy się samemu spadło z wozu pod koło. Kreował ją też smak wody ze studni i owoców z lasu, pachnących jabłek, oraz chleb ze smalcem. Komputer zastępowały spotkania towarzyskie i rozmowy z sąsiadami, zaczynające się od słów pozdrowienia „Szczęść Boże”. Religijność była chwilą odpoczynku od codzienności, chwilą zastanowienia się nad sobą. Nabożeństwa natomiast, czymś w rodzaju zaklęć i pozytywnego myślenia, odganiającego tak wszechobecną dziś depresję i negatywne myślenie. Pokładanie nadziei w sile wyższej i odnajdywanie w przyrodzie znaków, że jest i czuwa, choćby uderzając piorunem w kapliczkę, nadaje życiu sens. Natomiast atmosfera starego domu, dzikiej przyrody wokół, naturalny rytm czasu, nadaje całkowicie inny smak naszemu życiu. Ile tego mamy w swoim otoczeniu dzisiaj?

Autor Grzegorz | 1 - Luty - 2015 |

Wybierzemy się w podróż po historii, która pozwoli nam odkryć nowe ciekawe aspekty Roztocza Horynieckiego.  Kopce Graniczne o których mowa w tytule, są takim rarytasem, które z jednej strony są tylko kopami piasku, tworzonymi na liniach granicy, ale mają też znamiona tajemniczości.

Teren nas interesujący zaczyna być zasiedlany dopiero w 1444 roku, do tej pory mamy jedną wielką czarną dziurę zarośniętą puszczą, pokrytą bagnami. Jest tutaj jednak pewien ślad po człowieku, to granica ziemska i powiatowa, która być może pochodzi sprzed okresu pierwszych wzmianek w źródłach pisanych tych okolic. Próbując gdzieś tę granicę umiejscowić, ówcześni musieli ją jakoś wyznaczyć, używając do niej odpowiedniego ukształtowania terenu i modnych wtedy oznaczeń granicznych. Ponieważ możemy znaleźć ślady w terenie granicy powiatu rawskiego i lubaczowskiego, pozwala nam to domniemać, że istniała ona od dawna.

Naturalne ukształtowanie terenu zawsze pozwala wyznaczyć najdokładniej granice. Takim idealnym wyznacznikiem granicy będzie najwyższe wzniesienie w okolicy Niwek Horynieckich, na którym co ciekawe mamy Świątynię Słońca. Właśnie tutaj przetrwały chyba najbardziej charakterystyczne oznaczenia graniczne, jakie istniały w dawnej Rzeczpospolitej, są nimi Kopce Graniczne.

Posiłkując się tekstem z TEGO źródła przytoczę wymowę owych kopców:

Kopce graniczne sypane zwyczajowo w czasach średniowiecza od końca XIV wieku aż do XVIII – dla rozgraniczenia dóbr ziemskich zachowały się jeszcze w wielu miejscach i noszą dawne nazwy.
Kopce węgłowe (albo narożne) sypano w miejscu zejścia się trzech granic, kopce ścienne – po jednej stronie linii granicznej, a kopce stróżowe (zwane stróżami) – w środku miedz granicznych. Do ich wierzchołka wkładano pojemniki z ziarnem i kartkami, na których zapisana była data i nazwy wsi granicznych, a na wierchu układano kamienie, szkło lub znak z metalu.

Kopce „Na Niwkach” są bardzo ciekawe z wielu powodów, nie tylko historycznych, bowiem z przytoczonego tekstu możemy wnioskować, że mogą one maksymalnie pochodzić aż z XIV wieku, czyli nawet czasów tak zwanego księstwa przemyskiego, do którego wtedy należała ziemia lubaczowska. W książce z 1939 roku: „Podział administracyjny województwa Ruskiego i Bełzkiego”, możemy wyczytać coś takiego:

Powiat lubaczowski był najpierw częścią księstwa przemyskiego w XIII wieku, potem oddzielnym powiatem 1377, a w końcu (1388) wszedł w skład ziemi bełzkiej.

Oznacza to, że ziemia lubaczowska, która miała praktycznie do II Wojny Światowej swą granicę między Nowinami Horynieckimi a Niwkami Horynieckimi, musiała być odpowiednio oznaczona. Wygląda na to, że pod pewnymi względami, do dziś zachowało się nam bardzo stare oznaczenie graniczne w postaci kopców. Mamy na tym terenie dwa potrójne kopce, które kiedyś oddzielały księstwo przemyskie od innych księstw ruskich. Potem powiat lubaczowski od powiatu bełskiego, a następnie rawskiego (jeżeli była to granica ziemska, to właściciel zaznaczył ją tylko dlatego, że była to jednocześnie granica administracyjna powiatów, być może był do tego zobligowany?).

Przyjrzyjmy się tym kopcom. Ciekawostką jest to, że oba wyglądają identycznie z jednym szczegółem wyróżniającym. Oba potrójne kopce mają ponad dwa metry wysokości, są okopane czymś w rodzaju fosy. Kopce bliżej Świątyni Słońca są w opłakanym stanie. Idioci bez kultury, domniemam że współcześni poszukiwacze skarbów, zrujnowali idealny ich kształt. Czy nawet wykopując dziurę w poszukiwaniu złomu, potem zakopanie jej jest takie trudne? Cechą charakterystyczną tych kopców jest to, że te bliżej Świątyni Słońca od północy, usytuowane nieopodal drogi przy zielonym szlaku, tam gdzie kończy się las, mamy trzeci mały kopiec od strony wschodu, natomiast druga grupa kopców ma ten mniejszy od zachodu.

Szkic przedstawiający rozmieszczenie jednej z grup kopców, ukazuje, że były one robione z bardzo dużą dokładnością i zamysłem. Kopce te wydają się być trochę zagadkowe, zwłaszcza, gdy porównamy ich idealne kształty z tymi potrójnymi kopcami w okolicy Gorajów. Tamte kopce, które mają trzy takie same kopy, nie do końca odpowiadają jakimś granicom administracyjnym, gdy porówna się je do tych „Na Niwie”. Odpowiedzią tutaj może być przeznaczenie takich kopców, które częściej służyło do wyznaczania granic ziemskich, czyli szczególnie dóbr właścicieli ziemskich.

Wiemy że od 1444 roku majątek Horyniecki, którego granica wschodnia jest jednocześnie granicą dawnego powiatu lubaczowskiego, miał po stronie bełskiej swojego właściciela. Ciekawostką jest coś takiego, że przed wojną taka wioska jak Niwki Horynieckie nie istniała. Najbliższe wioski w tych okolicach nosiły nazwy: Nesteraki, Szupry, Zaniemica, Lasowa – przy której był położony folwark nazywający się „Na Niwach”. Na Niwach jest więc „ojcem” Niwek. Niestety zabudowania folwarczne już nie istnieją, dziś możemy sobie tylko wyobrazić jak wyglądał taki folwark. Posiłkując się analogiczną miejscowością Niwki, ale na Białorusi, gdzie istniał przed wojną folwark, ale został zniszczony, dam zdjęcie przykładowego dworku folwarcznego, może wyglądał podobnie?

źródło: radzima.org

Całkiem poważnie można tutaj doszukiwać się granic majątków ziemskich, mających szczególne znaczenie, bowiem będących także granicą administracyjną powiatową. Warto tutaj jeszcze przytoczyć ciekawostkę od Kopalińskiego ze Słownika Mitów, który przytacza przysłowie (źródło):

Pamiętaj, chłopcze, że tu stały kopce i wyjaśnia, iż na procesjach wzdłuż granic i pól w dniu świętego Marka bito chłopców wiejskich na kopcach granicznych, aby całe życie pamiętali ich położenie. Rzecz bez wątpienia dotyczy czasów pańszczyzny, płaczu na granicy nikt już nie usłyszy, graniczne wzniesienia wessała ziemia, ocalało jedynie przysłowie.

Warto na koniec przytoczyć aspekt tajemniczości tych kopców, bowiem jak pisze Ryszard Kiersnowski w swoim opracowaniu na temat Znaków Granicznych, w czasach pogańskich, szczególnie na Pomorzu, stawiano mogiły na granicach. Stanowiły one potem linię graniczną. Ten stary pogański zwyczaj grzebalny idealnie wpasowuje się w mistykę Świątyni Słońca. Często miejsca, które były otoczone kultem, były też miejscami gdzie w okolicy chowano ludzi. O Świątyni Słońca mamy niewiele opowieści. Są tacy, którzy uważają, że kult pogański w tym miejscu to wymysł grupy ludzi, która chciała stworzyć atrakcję turystyczną. Ale znane są w Nowinach Horynieckich podania o tym, że jeszcze przed wojną byli ludzie, którzy interesowali się tym miejscem jako miejsca kultu. Być może gdyby nie wojna, do dziś ten kamienny kręg zachowałby się w lepszym stanie? W każdym bądź razie na pewno został zdekompletowany. Jednak na miejsce to nie należy patrzeć tylko pod kątem paru kamieni, ale też całego otoczenia. Ciekawym aspektem są właśnie owe kopce, które razem ze Świątynią Słońca tworzą prostą linię. Oczywiście powinno być ich więcej. Niekończenie tworzyły linię prostą, ale uwzględniając też naturalne elementy ukształtowania terenu, takie jak doliny, czy strumienie, zaginały linię graniczną. Wydaje się tu bardzo ciekawe to, że mamy granicę w okolicy Świątyni Słońca, zwłaszcza, że kopce graniczne znajdują się też przy Krągłym Goraju, który według lokalnych podań jest kurhanem. Miedzy Horyńcem a Radrużem na polach są dwa bardzo duże kopce (przez niektórych nazywane kurhanami), obecnie nieco rozorane, ale nadal mają typowo kopcowaty kształt. Tutaj w tej okolicy też biegła granica powiatów. Wygląda na to, że przy okazji tych kopców granicznych można dokopać się do wielu różnych ciekawostek. Temat oczywiście wymaga szczegółowych badań, niemniej jednak rysuje się tutaj ciekawy obszar do eksploracji. Śmiało można powiedzieć, że trasa dawnej granicy powiatów naszpikowana jest wieloma atrakcjami. Być może uda się kiedyś z tego zrobić szlak? Znaki Graniczne, jak pisał pan Kiersnowski, to nie tylko kopce czy naturalne ukształtowanie terenu. Często były to niezwykłe czy charakterystyczne drzewa, kopce z kamieni usypane wokół drzew, znaki ciosane na drzewach, drewniane czy stalowe słupy, wały albo rowy, krzyże czy figury. Do dziś można znaleźć niektóre tego typu znaki znaleźć.

Autor Grzegorz | 22 - Lipiec - 2014 |

Na stronie cicho, ale na facebooku OR-BAD cały czas się coś dzieje. Od pewnego czasu fotoakcja pokazująca cerkwie ziemi lubaczowskiej sprzed kilkudziesięciu lat. Warto zaglądać: www.facebook.com/orbad. Oto przykład jednej z takich fotografii, cerkiew z Brusna Nowego przed… renowacją, chyba wtedy wyglądała lepiej niż dziś…

g

Autor Grzegorz | 17 - Luty - 2014 |

molot5

Będąc rdzennym mieszkańcem Roztocza Wschodniego, którego korzenie pochodzą spod Wysokiej Góry i spod Giłu, inaczej też patrzę na Linię Mołotowa. Czasem znajduję w sieci coś w rodzaju grup eksploratorskich, które przechwalają się tym, że odkryły jakiś bunkier na Górze Brusno (Wysoka Góra). Tymczasem nawet moja mama była tam wcześniej (lata 60-te) we wszystkich i na dodatek z całą bandą dzieciaków z okolicy, mając do dyspozycji liny, penetrowali wszystkie podziemia w całej okolicy. Sam w dzieciństwie przechodziłem obok wielu bunkrów, ale nie wchodziłem do nich.

molot1

W okolicy utarły się takie historyjki, związane z bunkrami, by do nich nie wchodzić, bo wpadnie się do jakiej studni, czy szamba i utonie. Albo bardziej wyrafinowane. Na Hrebciance jakiś czas po wojnie, w jednym z bunkrów znaleziono kościotrupa radzieckiego żołnierza. Wtedy też straszono dzieci, że nie wolno tam wchodzić, bo kościotrup tam cię zje. Dzieciaki jednak były żądne przygód. Zaopatrywały się w liny i schodzili na niższe poziomy. Czasem coś znajdywano. Na przykład element karabinu, którym potem się bawiono w wojnę.

molot4

Gorsze były jednak inne znaleziska, czyli wszelkiej maści pociski. Znanych jest wiele historii o tym, jak to dzieci znajdujące pociski, wrzucały je do ognia i ginęły. Właśnie na Hrebciance wydarzyła się taka smutna historia. Tam w bunkrach było dużo pocisków i podobno nadal w ziemi tkwią. W ogóle dużo tam złomu. Jeszcze pod koniec lat 60-tych przy drodze niedaleko kamiennych słupów stał znak z ostrzeżeniem, by nie wchodzić do lasu, bo nadal tkwiły w ziemi miny. Dopiero z czasem pojawili się saperzy i z wykrywaczami metali wyszukiwali pocisków i min w ziemi. Gdzieś w dolinie Brusienki, podczas krosu po wąwozach dostrzegłem coś, co można nazwać pokrywą od miny. Dziś nadal odważni kopią w tych okolicach i szukają szczęścia. Chyba najbardziej niezwykłą historią, jaką słyszałem od starszych ludzi, jest teoria, że ruskie pod każdym bunkrem zakopali ogromne ładunki wybuchowe. Ale zapewne nie zdołali zrobić systemu detonacji. W razie, gdyby przeciwnik zdobył te bunkry, miały być  wysadzone w powietrze…

molot2

Linia Mołotowa nadal ma wiele tajemnic. Ogromna ilość niezwykłych historii odeszła ze starszymi ludźmi. My dziś jak pół mózgi tylko patrzymy w szklane pudełko, obserwując życiowe seriale (podczas gdy życie ucieka za oknem), w ten sposób odcięliśmy się od historii przekazywanej przez starszych ustnie. Dziś dzieci już nie słuchają wielokrotnie powtarzanych opowieści z wojny i legend (ułatwiało to nauczenie się tych historii), tylko relacjonują swoje czynności na facebooku w stylu: właśnie siadam na klopa. Kiedyś nastoletnie dziewczyny szukały rozrywki biegając po wzgórzach, wąwozach, zdobywając je dawno przed uzbrojonymi w GPSy szpecami, do tego penetrowały bunkry, ruiny… a dziś ich najprzedniejszą rozrywką jest stos kosmetyków i butów. Dziś już prawdziwych Roztoczanek nie ma… a bunkry dla dzisiejszych dziewczyn, to jakaś totalna nieinteresująca fikcja. avtor – GLC

molot3

Autor Grzegorz | 16 - Luty - 2014 |

Dla „regionu” nadchodzą cały czas nowe i pozytywne wieści. Żeby mieć rozeznanie o co dokładnie chodzi, trzeba by dużo opisywać. Jednym z takich ciekawych aspektów jest Linia Mołotowa. Dzięki uprzejmości jednego z guru turystyki roztoczańskiej – dr Makra Wiśniewskiego, dowiedziałem się o niezwykłej publikacji, która za jakiś czas niedługi wyjdzie na światło dzienne. Traktuje ona o Linii Mołotowa. Wyszło już wiele tego typu publikacji, ale ta będzie unikalna, jak zapowiada „guru”. Mam nadzieję, że wpłynie ona na rozwój idei wykorzystania tej niezwykłej atrakcji do celów turystycznych i promocyjnych regionu. Jako że turystyka militarna jest dla mnie szczególnie interesująca, postanowiłem przy najbliższej okazji wstąpić na Hrebciankę. Wynik tej kilkugodzinnej eksploracji był dla mnie zaskakujący. Oto wrażenia z sobotniej eksploracji:

1

Dotychczas eksplorację Hrebcianki z różnych względów traktowałem chaotycznie. Wpadałem tam tylko po to, by zaliczyć wszystkie bunkry. Często oprowadzając kogoś, musiałem się dostosowywać do pobieżności. Jak zauważyłem, nie każdy rozróżnia rodzaj bunkra, czy też jego aspekt historyczno – zabytkowy, ot takie coś betonowego szpetnego w krzakach. Stąd nadrabiając stratę, tym razem koło trzech godzin poświęciłem na stosunkowo mały teren do eksploracji, jakim jest Wzgórze HR. Do swoich celów, nadaję nazwy operacyjne dwuliterowe, taki militarny kod wewnętrzny.

7

Wzgórze HR jest przepiękną fortecą. Pod względem militarnym, zachowała się niemal kompletnie. Wystarczyłoby trochę prac kosmetycznych i mielibyśmy stan bliski temu z 1941 roku. Dla osoby takiej jak ja, która ma doświadczenie wojskowe, artyleryjskie, wyćwiczone w warunkach bojowych na poligonach, to kilkugodzinne bieganie po okopach i bunkrach, było niemal jak symulacja rzeczywistości z 1941 roku. Czasem miałem dziwne wrażenie, że plątają się wokół jakieś duchy żołnierzy radzieckich… niesamowity klimat… dzięki sporej wiedzy, mogę sobie dokładnie zobrazować tę rzeczywistość.

6

System okopów na Wzgórzu HR, jest dla mnie niezwykłą atrakcją. Przemierzając zachodni stok i poszukując bunkrów, przy trzecim z nich (nr 6), na północnym stoku postanowiłem znaleźć czwarty (nr 5) idąc okopem, który gdyby nie zakrzaczenie, wyglądałby jakby przed chwilą wykopany. Po chwili przedzierania się, moim oczom ukazał się przepiękny betonowy, prawie okrągły, obiekt do prowadzenia ognia niemal we wszystkie strony.

5

Wyjątkowość takich miejsc jak Wzgórze HR, polega na tym, że mamy tutaj niezwykłą kompozycję przyrodniczo militarną. Przyroda wzięła sobie do serca jedną z funkcji takich miejsc i postanowiła zamaskować bunkry. O ile znalezienie ich w takiej zimowo wiosennej porze jest łatwe, to w lecie można przejść obok takiego bunkra i nie zobaczyć go. Właśnie taka kompozycja – przyrodniczo militarna powoduje to, że zwiedzanie tego wzgórza jest jak przygoda. Nie poruszam tutaj aspektów historyczno – architektonicznych, bowiem można na ten temat książki pisać. Natomiast, mało kto porusza aspekt wrażeń i odczuć estetycznych zwiedzania bunkrów.

8

Jednym z ciekawszych elementów zwiedzania, są odkrycia. Odkrycie takie jest zależne od naszej indywidualnej wiedzy. Jeżeli przeczytamy 10 książek i mnóstwo artykułów o Linii Mołotowa, to w momencie, gdy znajdziemy coś, co nie było opisywane, mamy niezwykłą satysfakcję. Nie ma dla nas większego znaczenia, że w tej jedenastej nieprzeczytanej przez nas książce, akurat ktoś to opisał. Dla nas jest to cenne odkrycie, dlatego, że nie spodziewaliśmy się tego i stanowi to dla nas zagadkę. Co to do diabła jest?

2

Można śmiało powiedzieć, że ten obiekt pochodzi z czasów wojny. Ma około dwa metry długości i około metra szerokości. Wygląda jak jakiś fundament, czy też podstawa. Z przodu jest luka jakby dziura na coś. Z tyłu mamy jakieś dwa półokrągłe elementy murowane. Wydawało by się, że to przypadkowy mało znaczący obiekt, ale coś podobnego tylko z innego budulca jest też w innym miejscu. Pierwszy możemy znaleźć między bunkrami nr 2 i 3 a drugi gdzieś niedaleko nr 5. Bunkier nr 1 to dowódczy, dwójka to ten z wyjętym działem i dalsza numeracja zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

4

Nie wiem co to jest, ale jako murowany obiekt nakazuje zwrócić uwagę i zbadać sprawę. Patrząc na ulokowanie bunkrów, można odnieść wrażenie, że te dwa stanowiska osłaniają bunkier dowódczy na samym szczycie. Bowiem „Dowódca” nie ma żadnego uzbrojenia, ma tylko drzwi wejściowe. Należy tutaj przypuszczać, że bunkier ten był pod specjalną osłoną ogniową, jako najważniejszy. Architektonicznie Wzgórze HR powinno mieć jeszcze specjalne gniazda ogniowe na zachodniej stronie. Prawdę mówiąc, pod tym względem to wzgórze zaczyna dopiero być ciekawe. A od zaciekawienia, do zakochania… jeden krok 😉 *** avtorGLC ***

3

Autor Grzegorz | 29 - Styczeń - 2014 |

Warto pokusić się o recenzję, chyba najważniejszej książki w historii Roztocza. Właśnie ukazała się nakładem Stowarzyszenia Magurycz: „Brusno – (nie)istnienie w kamieniu”. Jest to zbiór artykułów, które opisują kamieniarkę bruśnieńską w takich aspektach, jakich dotąd nikt nie opisał. Będę tutaj używał dość wzniosłych słów, ale treści w tej książce absolutnie na to zasługują. Bowiem dzięki wyprawie Magurycza na Ukrainę (głównie Olgi Solarz), wydobyte zostały na światło dzienne unikalne materiały i wspomnienia związane z kamieniarstwem i historią Brusna. Pierwszy raz mamy przyjemność poczytać o rodzinach kamieniarzy. Mamy dużo zdjęć archiwalnych i nawet szkiców figur. Dla regionalnych badaczy, nagle odsłaniają się nowe pola eksploracji, gasną pewne mity, ale tworzą się jeszcze inne, bardziej niezwykłe.

Wysoka Góra została obdarta z duszy, ta książka przywołuje tego ducha na nowo. Wśród różnych artykułów specjalistycznych związanych z kamieniarstwem, znajduje się pierwszy w historii opisujący jedną grupę krzyży wotywnych – chodzi o pańszczyźniane. Na pewno będzie to wstęp do rozróżnienia następnych grup, których jest więcej niż może się wydawać. Książka jest nowatorska i nie opisuje wszystkiego, ona odsłania część tajemnicy, która do tej pory była ukryta za nimbem Ukraińskiego tabu. Jestem przekonany, że ta publikacja poruszy całą lawinę działań i nowych odkryć historycznych. OR-BAD już ostrzy zęby 😉 Poniżej opis książki i sposób, w jaki można nabyć to niezwykłe dzieło.

brusno

Szanowni Państwo,

Przyjaciele, Wolontariusze, Kibice, Wielbiciele (etc., etc.) Magurycza!

Po wielu miesiącach starań, badań, dociekań już [ukazała] się książka:

„Brusno – (nie)istnienie w kamieniu”

której celem jest wyjawienie powojennych losów kamieniarzy ze Starego Brusna, ale także przedwojennych historii ich rodzin. Co zebraliśmy, wyposażyliśmy w liczne archiwalne, nigdy nigdzie nie publikowane fotografie, wspomnienia kamieniarzy i ich rodzin, a nawet unikatowe szkice nagrobków czynione ich rękoma. Obraz uzupełniają dociekania dotyczące kamieniarki bruśnieńskiej w wielu kontekstach.

Książkę posiąść można tylko w jeden sposób, a to wpłacając darowiznę na konto Stowarzyszenia „Magurycz” w wysokości nie mniejszej niż 40 złotych.

Wpłata musi być zatytułowana: DAROWIZNA NA DZIAŁALNOŚĆ STATUTOWĄ B

Oto numer konta:

52 1020 1026 0000 1102 0118 9554

Rzeczona darowizna może być oczywiście wyższa, bardzo będziemy radzi, bowiem też w ten sposób gromadzone pieniądze umożliwiają nam działanie. Jeżeli pragną Państwo wiedzieć więcej o tym, co robimy, to proszę o wiadomość, a poślę tą drogą garść informacji.

W przypadku „zamówienia” więcej niż jednego egzemplarza, kwotę wskazaną należy pomnożyć, a po literze „B” w tytule wpłaty dodać odpowiednią cyfrę, a to 2, 3, 4 itd.

Koszty wysyłki zwykłym lub poleconym listem priorytetowym pokrywa „Magurycz”. Nastąpi ona nie później niż 3 dni po zarejestrowaniu wpływu na konto. Przy czym wysyłka będzie możliwa począwszy od 14 stycznia 2014 r.

Proszę pamiętać o wskazaniu zwykłego adresu pocztowego, nie zawsze wszak adres pojawiający się przy przelewie jest faktycznym adresem zamieszkania.

Zamówienia:  szymon@magurycz.org

Spis treści:

Olga Solarz – „Losy wykute w kamieniach. Historie niektórych rodzin kamieniarskich ze Starego i Nowego Brusna”;
Filip Modrzejewski – „Wiejskie cmentarze, podobne litery, galernicy cyrylicy”;
Damian Nowak – „Hier ruht in Gott. Cmentarze osadników józefińskich na Lubaczowszczyźnie”;
Mariusz Koper – „Inskrypcje nagrobne na cmentarzach greckokatolickich ziemi tomaszowskiej i lubaczowskiej”;
Agnieszka Szokaluk-Gorczyca – „Nagrobki bruśnieńskie na terenie byłego zaboru rosyjskiego”;
Szymon Modrzejewski – „Rzut oka na upamiętnienia roku 1848 na Roztoczu Wschodnim i w innych rejonach Galicji + fotografie (z opisem) 27 upamiętnień z Galicji (w tym 18 z Roztocza)”.

Najważniejszy jest artykuł pierwszy – w nim zdjęcia kamieniarzy ze Starego Brusna, także przy pracy z lat 30. ale i 70. (sic!) XX w., zdjęcie cerkwi, zdjęcia szkiców nagrobków autorstwa Iwana Kuznewycza etc., etc.

Wyrażamy nadzieję, że nie rozczarują się Państwo, bowiem suma nie publikowanych nigdzie wcześniej informacji jest tej publikacji atutem niezbywalnym, nie wspominając nawet jak bardzo w ten sposób zgromadzone pieniądze pomogą nam działać dalej – czyli w 28 roku istnienia „Magurycza”.

Serdeczności kamienne, cmentarne i ludzkie też,

Szymon Modrzejewski

Głowa Stowarzyszenia „Magurycz”
szymon@magurycz.org
www.facebook.com/StowarzyszenieMagurycz
Nowica 13, 38-315 Uście Gorlickie
0-18-351-63-45 albo poza domem 0-600-688-811
NIP: 738-20-54-339

Autor Grzegorz | 16 - Styczeń - 2014 |

14 stycznia zmarł Marek Janczura. Nazywam go jednym z czołowych regionalistów ziemi lubaczowskiej i Roztocza Wschodniego. Wiem, że za określenie „wybitny” udzieliłby mi ostrej reprymendy, ale patrząc na to z góry, zgodzi się ze mną. Był on też moim nauczycielem od historii. To między innymi jego zasługa, że patrzę na Roztocze tak a nie inaczej. To chyba jedyna osobistość, która praktykowała szczególnie mi bliską turystykę połączoną z elementami wojskowości.

Oddział Rozpoznawczo Badawczy w swojej nazwie, jest bardziej militarny niż turystyczny. Naszym szczególnym celem w OR-BAD było rozpoznanie terenu. Dotychczas nie wymieniałem tej osobistości, bowiem żyjących znajomych traktuje się inaczej. Teraz staje się on jednym z duchów OR-BAD, postacią legendarną. Zdaję sobie sprawę, że o niektórych sprawach związanych z nim wie tylko garstka osób. Czuję się powiernikiem pewnych rzeczy. Uważam, że drugi człowiek żyje nadal, dopóki są realizowane jego cele i idee. Osobowości wybitne, zawsze znajdą kontynuatorów.  GLC

Cześć Twojej Pamięci…

Autor Grzegorz | 4 - Styczeń - 2014 |

Na obecną chwilę opisanych jest 126 obiektów z małej architektury sakralnej, w tym głównie kamienne krzyże. Jak na razie jest to tylko ziemia lubaczowska, ale od wiosny projekt powinien się posunąć też na Roztocze Środkowe.

Działania związane z krzyżami kamiennymi, zapoczątkowało w OR-BAD postawienie „karawaki” w Bruśnie Starym, jednego z najstarszych krzyży Roztocza. Teraz przyszedł czas na bardziej zdecydowane działania. Efekty już na wiosnę.

bener kamienny